/p>

Wspomnienia z historii: "Zgody, układy, przyjaźnie"
Wpisany przez BOGDAN   
środa, 25 sierpnia 2010 23:59

Lata 70. ubiegłego stulecia to również początek bardziej zażyłych (lub równie "zażyłych", ale po zgoła przeciwnej stronie spektrum!) kontaktów między kibicami różnych klubów. Od "zawsze" pamiętam, że niektóre kluby i ich kibice darzone były w Bytomiu większą lub mniejszą sympatią. Zawsze też istniały jakieś personalne i osobiste kontakty między indywidualnymi kibicami. Pamiętam na przykład, że mieliśmy paru kolegów z ŁKS-u, z którymi zawsze po meczu w Bytomiu szliśmy na "jedno z pianką". Amant przyjaźnił się z (o zgrozo!) dość wpływowym kibicem Legii Warszawa. Ja miałem dość zaprzyjaźnionego kolegę, oddanego kibica Odry Opole. Oczywiście nigdy nie nazwalibyśmy takich kontaktów jakimiś "układami" lub tym bardziej "zgodami", zwłaszcza w dzisiejszym tego słowa znaczeniu.



W tej sytuacji dość trudno jest jednoznacznie określić datę powstania pierwszych, bardziej "komercyjnych" i zorganizowanych układów między klubami i grupami kibiców. W mojej świadomości, aby do takowych doszło musiało być spełnionych szereg warunków takich jak:

- układ nie jest sprawą indywidualnych kibiców, lecz ich organizacji (lub miarodajnego przedstawicielstwa)
- kibice obu stron zorganizowanie jeżdżą na mecze wyjazdowe swojej drużyny
- zostało zawarte jakieś porozumienie dotyczące zasad wzajemnej "współpracy"
- wszystkie te informacje zostały w jasny i zrozumiały sposób przekazane tzw. "opinii publicznej".

Aż trzy spośród naszych kontaktów zapoczątkowanych wiosna 1973. roku można rozpatrywać jako pierwsze w kraju układy o zgodzie, choć według powyższych kryteriów tylko jedna naprawdę się do takiego tytułu już wtedy kwalifikowała. Zacznę jednak od tych dwóch pozostałych.

Latem 1972 w Gdyni spotkałem paru naszych młodych chłopaków z Rozbarku, którzy przebywali tam na wakacjach i znaleźli gościnę u ... kibiców Arki. Opowiadali mi przy piwku jakie to fajne towarzystwo "i do piłki i do szklanki", i jak wspólnie wieczorami śpiewają piosenki Polonii. W grę wchodziły też stosunki damsko-męskie. Później towarzystwo to przyjechało z rewizytą do Bytomia i było widziane też na meczu Polonii. Jednakże dla większości (również z nas) byli to po prostu "znajomi znajomych", kibice Polonii z Gdyni, niekojarzeni z jakimś większym układem pomiędzy naszymi klubami. Taka sytuacja utrzymywała się aż do awansu Arki do Ekstraklasy w 1974. Wcześniej w 1973 wspólnie dopingowaliśmy Arkę w Bytomiu w ich meczu z Szombierkami, ale i to nie stanowiło samo w sobie symptomów "zgody", gdyż w meczach przeciwko Szombierkom w Bytomiu wspomagaliśmy (jako Polonia) wcześniej też inne kluby. W 1974 roku podczas meczu z Arką Gdynia w Bytomiu został już ogólnie przyjęty i ogłoszony "układ o współpracy" pomiędzy naszymi grupami. Układ ten okazał się "strzałem w dziesiątkę" i z wielkimi sukcesami (i to w ciężkich dla obu stron czasach) rozwijał się i przetrwał do dnia dzisiejszego. Może śmiało (i powinien) być uznany za najstarszą z obecnych "zgód kibicowskich" w Polsce. Tak więc na dość częste pytania o historię zgody Polonii z Arką odpowiadam, że trwa ona nieprzerwanie od 1974 roku, a jej nieśmiałe początki datują sie od lata 1972.




Wczesną wiosną 1973 w tunelu pod dworcem PKP w Bytomiu spotkałem niewielką grupę kibiców Śląska Wrocław udającą się na "mecz na szczycie" drugiej ligi. Jeden z nich zaczepił mnie pytając o drogę do nowego stadionu Szombierek. Gdy wspólnie skierowaliśmy się w stronę stadionu ucięliśmy sobie niezłą pogawędkę na temat piłki, ligi, kto kogo mniej lub bardziej "lubi" i dlaczego. Generalnie pozwalałem im mówić pozostając niejako w "konspiracji". Później, już na stadionie, gdy dołączyli do nas inni kibice Polonii z naszą flagą, okazało się, że moim głównym rozmówcą był wiceprezes nowo powstającego Klubu Kibiców Śląska Wrocław! Dopingowaliśmy, więc wspólnie wrocławian. Mecz zakończył się polubownym wynikiem bezbramkowym generalnie satysfakcjonującym obie strony. Zarówno Śląsk, jak i Szombierki awansowały wtedy do ekstraklasy. Był to nasz pierwszy kontakt ze zorganizowaną grupą sympatyków Śląska i trzeba powiedzieć, że byliśmy (zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż to było nie było druga liga) pod wrażeniem ich zorganizowania, entuzjazmu i dopingu. Oprócz "skserowanych" od nas przyśpiewek mieli też parę swoich własnych! Jedną z nich (na melodie "Glory, glory Alleluja”) pamiętam do dziś (mam nadzieję, że w miarę dokładnie):

"Niedługo już najlepszy w Polsce będzie Śląsk
Nie oszczędzimy serc gorących ani rak
Tylko przy Śląsku będzie trwała nasza myśl
Kiedy zaśpiewamy dziś:
Niech nam żyje trener Żmuda
Jemu sztuka ta się uda
Że po tylu latach klęski
Wrocław ligę będzie miał! Pierwszą!!!
"

Nawiasem mówiąc pierwszy wers piosenki okazał się w niedalekiej przyszłości proroczy, gdyż parę lat później (w sezonie 1976/77) Śląsk rzeczywiście sięgnął po tytuł Mistrza Polski.

Po meczu odprowadziliśmy gości na dworzec obiecując sobie spotkanie i "wspólne piwko" i współpracę w następnym sezonie, już w ekstraklasie. Tak więc również o tej przyszłej zgodzie można powiedzieć, że jej początki sięgają wiosny 1973, jednakże pytany o datę jej powstania zawsze wymieniał będę następny sezon 1973/74 i nasze spotkanie na meczu (a zwłaszcza przed meczem) Ruch-Śląsk w Chorzowie.

Jak już kiedyś pisałem jesienią 1972. roku podczas naszej wizyty u beniaminka ekstraklasy Lecha Poznań, będąc pod wielkim wrażeniem atmosfery ich stadionu oraz po paru godzinach dość szczerej i przyjacielskiej rozmowy z kibicami Lecha, zaprosiliśmy ich do Bytomia na wiosenny mecz naszych zespołów z obietnicą, że się "nimi zajmiemy". Rzeczywiście przyjechali pociągiem całkiem niezłą grupą, w dodatku dość wcześnie rano! Witaliśmy ich na dworcu kolejowym w Bytomiu. Już przed meczem mieliśmy sporo czasu aby sie "lepiej poznać". Po Bytomiu chodziliśmy z poznaniakami grupkami, prezentując barwy obu zespołów i wspólnie śpiewając "Heja, Heja Polonia" oraz "W górę serca". Atmosfera na meczu też była bardzo przyjazna. Polonia wygrała ten mecz 2:0.




Przed meczem wspólnie z kibicami Lecha, spleceni braterskim uściskiem, z flagami obu klubów zrobiliśmy rundę honorową wokół boiska. W pierwszej parze biegłem ja z "szefem" ekipy poznańskiej, a za nami Wacek Tomaszek w parze z innym kibicem Lecha. Gdy dobiegałem do łuku pod zniczem, z wielkiego kija naszej chorągwi zsunęła się flaga. Oczywiście ja (ani mój kompan) tego nie zauważyłem i dość spory dystans przebiegłem dumnie prezentując ... sam kij! Sporo (i długo) się potem nasłuchałem rozmaitych uwag na ten temat.



Po meczu przeszliśmy z naszymi gośćmi na "Judy Platz" (skwerek na rogu Kolejowej i Wrocławskiej), aby dokończyć konsumpcji i odbyć już bardzo konkretne rozmowy na temat przyszłych kontaktów. Biorąc pod uwagę, że w tej dziedzinie rzeczywiście dopiero "raczkowaliśmy" i w Polsce nie mieliśmy żadnych wzorców do naśladowania, wydaje mi się, że nawet patrząc z perspektywy teraźniejszych układów i zgód, zrobiliśmy wtedy naprawdę niezłą robotę. Przede wszystkim ustaliliśmy, że będziemy się wspierać kibicowsko przy okazji wyjazdowych meczów naszych drużyn w "sąsiedztwie" (a to przecież obecnie głównie charakteryzuje kibicowskie zgody). Oczywiście obie strony zobowiązały się do zapewnienia wszelkich warunków "bezpieczeństwa" dla kibiców drugiej strony w swoich miastach. Pamiętam, że poznaniacy obiecali, że następną wizytę w Grodzie Przemysława z pewnością pozytywnie zapamiętamy. I trzeba powiedzieć, że (nie tylko następnym razem) słowa dotrzymali. Od tego czasu przy okazji każdego naszego meczu w Poznaniu czekała na nas ekipa witająca ze "strawą i napitkiem", a gościnność kibiców Lecha nie kończyła się na dworcu. Podobnie było też w Bytomiu. Kibice Lecha do Bytomia "wpadali" dość często również z okazji innych ich spotkań na Śląsku (pociąg przecież zawsze jechał przez Bytom!) i później razem udawaliśmy się (na przykład) do Zabrza czy Chorzowa. Jestem przekonany, że nasz układ z Lechem zawarty wtedy, w maju 1973, spełniał wszystkie kryteria i obecne zasady "kibicowskiej zgody" i za taką, jako pierwszy tego typu w Polsce, może być uznany. Żeby nie być gołosłownym ani też posądzonym o nieobiektywne spojrzenie przytoczę tu fragmenty wypowiedzi starego kibica Lecha zamieszczone na forum oficjalnej strony "wiaralecha.pl" (staragwardia / strona47):

"... Kibice Polonii bardzo przyjaźni; wręcz miałem wrażenie, że niektórzy na pierwszym miejscu stawiają Lecha, a potem Polonię. Zawsze ten sam rytuał, jeśli był mecz Lecha na jakimkolwiek ze stadionów Górnego Śląska, tam byli kibice Polonii; czasami w przewadze nad nami 100-200 osób, a pod koniec zgody w mniejszości kilkadziesiąt. Zawsze witali nas na dworcu w Bytomiu, gdzie na peronie ustawione były rzędy ekwipunku zapoznawczego. Później rozbici już na grupki zwiedzaliśmy kolejne piwiarnie zapijając Royalem. Byli naprawdę gościnni zostawiali swoje rodziny, uciekali z szychty, bo dla nich, takie mam wrażenie, było to święto, kiedy przyjeżdżaliśmy tutaj na mecz. Fajne to były czasy i jeszcze lepsi ludzie/kibice i chyba wszyscy wpisujący się tutaj będą je pamiętać tylko w różowych okularach. W górę serca...

Zgoda Polonii z Lechem przetrwała i rozwijała się przez wiele lat (mimo iż Polonia nie występowała wtedy w ekstraklasie). Spotykaliśmy się zarówno na meczach ligowych, jak i na spotkaniach reprezentacji Polski. Mieliśmy wspólne akcje i wspólne "przygody na szlaku" (do tych powrócę jeszcze w przyszłości). Mamy wiele wspaniałych i niezapomnianych wspólnych wspomnień. Mamy tez ... wspólne potomstwo! Pamiętam, kiedy po paru latach spotkałem na ulicy Wesołej Mariana M. idącego z kobietą i pchającego wózek dziecięcy, gdy się przedstawiałem jego towarzyszce ten mnie niemal opieprzył krzycząc "jak to nie poznajesz – to przecież…!” (jedna z bardziej znanych dziewczyn w środowisku kibicowskim Lecha).

Oficjalna wersja mówi, że zgoda Polonii z Lechem "padła" po meczu Polska - Anglia w Chorzowie w 1993 roku. Ponoć jeden z "głównych kiboli" Lecha ("Killer") skroił w Bytomiu z szalika Polonii jakiegoś małolata. Jest to tylko częściowa prawda. Przede wszystkim zgoda ta nigdy nie została ogłoszona jako "upadła". Można raczej powiedzieć, że "umarła śmiercią naturalną", po prostu z upływem czasu nasze związki z kibicami Lecha uległy rozluźnieniu, by po latach zaniknąć prawie zupełnie. Inny aspekt tej sprawy to fakt, że od początku w naszych relacjach dwustronnych dała się zaobserwować pewna nierównowaga. Podczas, gdy myśmy (w dość sporych liczbach i ze sporym zaangażowaniem "sił i środków") wspomagali poznaniaków w wielu miastach i wiele razy w ciągu roku, nasi bracia z Lecha nie zawsze byli chętni, aby ruszyć się dla nas i naszej sprawy poza Poznań. Co więcej, kiedy chwilowy entuzjazm związany z awansem do ekstraklasy nieco przygasł i przyszedł czas na pierwszoligową przeciętność, ich liczby wyjazdowe na Śląsk (i ochota do wspólnych "akcji") były też raczej śladowe". Wtedy to kibice Polonii stanowili przeważnie większość na sektorze nominalnie zajmowanym przez Kolejorza. Brakowało tez naszych bezpośrednich spotkań w Bytomiu i Poznaniu, zwanych już wtedy "meczami przyjaźni". No i do głosu w obu ośrodkach dochodziła nowa fala kiboli, niemających dotychczasowych "sentymentalnych obciążeń". Kiedy nieco później, na przełomie 80 i 90. lat (co związane było niewątpliwie z sukcesami Lecha w ekstraklasie), ruch kibicowski w Poznaniu wyraźnie się ożywił i poznaniacy pojawiali się na Śląsku w bardzo przyzwoitych liczbach, zabrakło już trochę tej dawnej "chemii" między nami i stosunki obustronne stopniowo się ochładzały (oczywiście prywatne kontakty przetrwały). Już tak też siebie nawzajem nie potrzebowaliśmy. Zwłaszcza kibice Lecha zapragnęli chyba bardziej podkreślić swoją siłę i znaczenie (bez "podpierania" się siłami zgody). Podobnie ocenia tą sytuację cytowany wcześniej kibic Lecha: "...to był jeden z powodów zerwanie tej chyba największej zgody, kiedy to jeździliśmy ze średnią 400-600 osób w tamte rejony a mówiono, że osiągamy je dzięki właśnie kibicom Polonii.

Nasza zgoda z kibicami Lecha legła też u podstaw zerwania podobnych, przyjaznych stosunków ze Śląskiem Wrocław. Umowę z nimi (nie da się ukryć, że wzorowaną na tej z Lechem) z wrocławiakami zawarliśmy jesienią 1973. roku w Chorzowie i od tego czasu wzajemne kontakty przez następnych parę sezonów z okazji naszych wizyt we Wrocławiu czy przyjazdów kibiców Śląska do Bytomia z pewnością można było zaliczyć do kategorii "mecze przyjaźni" z wszelkimi tego tytułu konsekwencjami i atrybutami. Trzeba jednak powiedzieć jasno, iż zgoda ta nigdy nie nabrała takiej rangi, jak chociażby te nasze z Lechem Poznań, Arką Gdynia czy nieco później Odrą Opole. Od samego początku dość mocno "kręcili nosami" na nią nasi przyjaciele z Poznania. Oni "historycznie" bardzo się ze Śląskiem, delikatnie mówiąc, nie lubili. Ich konflikt datował się jeszcze w czasach dla obu drużyn drugoligowych, kiedy to w obu miastach doszło, przy okazji wzajemnych spotkań do dość poważnych zamieszek. Początkowo próbowaliśmy nieco tą sytuację bagatelizować lawirując nieco pomiędzy tymi dwoma układami, ale w końcu (bodajże w 1975) postanowiliśmy, że przyjaźni z Lechem nie możemy wystawiać na jakiekolwiek ryzyko i powinniśmy się wzajemnie totalnie popierać. Pomógł nam chyba w tej decyzji wyjazd do Wrocławia, kiedy podczas meczu musieliśmy(?) przenieść się nieco dalej od kibiców Śląska. Zauważyliśmy wtedy (nie po raz pierwszy), że kibice tamtejsi są dość podzieleni między sobą i grupa (wciąż wiodąca), z którą "przybiliśmy zgodę" wcale nie do końca "rządzi i dzieli" na stadionie. Ponadto zabroniono(?) nam wznoszenia "chamskich okrzyków" (oni "walczyli" o jakiś tytuł "kulturalnej widowni"!), kiedy do tej pory zawsze wspólnie skandowaliśmy "Legia kurwa!". Polecenia tego oczywiście (po "przeprowadzce") nie respektowaliśmy. Po meczu atmosfera była dość napięta. Udało się ją pomyślnie rozładować, ale do dworca odprowadzono nas już nie tak uroczyście i przyjaźnie jak to poprzednio bywało. Wtedy w pociągu do Bytomia praktycznie podjęliśmy decyzję o zakończeniu przyjaźni Polonii ze Śląskiem.

Z różnorakich przyjaznych układów z kibicami innych drużyn w tamtych latach z całą pewnością należy wymienić nasze kontakty z Zawiszą Bydgoszcz oraz, przede wszystkim (choć to czasy nieco późniejsze) trwająca (wprawdzie z przerwami) do dzisiaj wspaniałą przyjaźń z kibicami Odry Opole. Jako ciekawostkę odnośnie tej ostatniej można uznać fakt, iż zgodę takową dość usilnie staraliśmy się forsować (głównie ja, gdyż miałem tam kolegę, ale także Amant), jednakże nie zgadzali sie na nią ... nasi starsi kibice! Otóż nie potrafili oni zapomnieć kibicom opolskim zdarzenia z przed lat, kiedy znany z brutalnej gry, zawodnik Odry, Jarek faulując naszego Heńka Kempnego złamał mu przy tym nogę, praktycznie powodując przedwczesne zakończenie kariery naszego zawodnika. Co gorsze, całemu temu wydarzeniu wtórował gorący aplauz opolskiej publiczności.

Niejednokrotnie spotykam się z pytaniami o inne nasze rzekome zgody z tamtych czasów. Często słyszę, że podobno mieliśmy jakiś układ z GKS-em Katowice. Muszę zdementować tą plotkę, choć wiem skąd się wzięła. Otóż młodzi kibice GKS-u mieli wtedy dość trudną sytuację "kadrową" (po prostu było ich mało i w dodatku nie bardzo "sportowi"). Przy każdej okazji (a nawet bez) dostawali, więc oklep od swych sąsiadów z Ruchu Chorzów. Podobna akcja (kibiców Ruchu przeciwko Gieksie) szykowała się przy okazji naszego meczu w Katowicach. Gieksiarze podbili, więc do naszych chłopaków zabawiających się w lokalnej knajpie prosząc o wsparcie. Nasza ekipa na małe spotkanie z Ruchem miałaby ochotę i bez dodatkowych bodźców, ale skoro ktoś uprzejmie prosi (i ... stawia piwo, dużo piwa!).

Gdzieś czytałem również o zgodzie kibiców Polonii i Wisły Kraków w latach 70-tych. To też raczej "legenda". Nigdy z Wisłą nie mieliśmy wtedy konfliktów (wtedy, bo później to różnie bywało), rozmawialiśmy dość przyjaźnie w Bytomiu w 1972 (gdy gratulowali nam Pucharu Kibica), wiosną 1973. po ostatnim meczu sezonu (przegranym przez Polonię 0:2, co było równoznaczne z zajęciem miejsca "premiowanego" degradacją do drugiej ligi) odprowadzili nas na dworzec, ale ... to nie są warunki "konieczne i wystarczające" na nazwanie takiej relacji kibicowską zgodą. A przede wszystkim, jeśli o Kraków chodzi to "od zawsze" nasza sympatia skierowana była w stronę ich lokalnego rywala i wroga, Cracovii.


Kiedy z perspektywy czasu przypominam sobie nasze dylematy związane z tematem zgód i oceniam trafność naszych wyborów muszę powiedzieć, że nie "zbłądziliśmy"! Wszystkie nasze układy i zgody były długotrwałe, ciekawe i owocne, a zgody z Arką Gdynia i Odrą Opole trwają (i to jako jedyne) do dnia dzisiejszego. I trzeba powiedzieć, że maja się bardzo dobrze. Oby jak najdłużej!




autor: BOGDAN