/p>

Wspomnienia z historii: "Wszystkiemu winni... kibole"
Wpisany przez BOGDAN   
czwartek, 21 października 2010 12:03

W połowie lat 70, już od jakiegoś czasu obserwowaliśmy zmiany w nastawieniu do nas (i kibiców w kraju w ogóle) mediów, organów władzy oraz Milicji Obywatelskiej, ale także (bardzo możliwe, że jako rezultat powyższego) władz i pracowników Polonii Bytom. Wiązało się to z pewnością z przemianami obrazu polskich trybun, życia kibicowskiego i atmosfery na stadionach, ale także i poza nimi. Ruch kibicowski w wielu ośrodkach rozwijał się bardzo dynamicznie, a nastroje na trybunach coraz bardziej się "polaryzowały". Zorganizowany doping i "kolorystykę trybun" można było zaobserwować na wielu stadionach w Polsce. Również zwyczajowe "słownictwo stadionowe" przeszło swoją metamorfozę i z pewnością pod adresem np. sędziego można było często usłyszeć skandowane inwektywy dużo bardziej dosadne niż "sędzia kalosz!". Znacznie spolaryzowały się również stosunki pomiędzy kibicami różnych zespołów, coraz częściej dochodziło do różnych (przeważnie drobnych) incydentów oraz większych "zadym". O zaangażowanych grupach kibiców pisało się i mówiło już nie inaczej jak "chuligani", "szalikowcy" (miało to mieć negatywne zabarwienie), "kibole". Wtedy to chyba na nasze potrzeby wymyślono też uniwersalnie i dość dowolnie stosowany termin "pseudokibice".

Wraz z nami "dorastały" do nowych "zadań i wyzwań" różnego rodzaju służby porządkowo-prawne w tym przede wszystkim Milicja Obywatelska i sądownictwo, które - trzeba przyznać - przez wiele lat do tych nowych warunków i "reguł gry" nie były w ogóle przygotowane i nie bardzo wiedziały jak się w tej nowej sytuacji zachować. Ich działania były przede wszystkim bardzo "ociężałe" i przewidywalne. Królowała biurokracja i wygodnictwo (klasyczny przykład to: "my odpowiadamy tylko za stadion – co się dzieje na ulicach to już... ktoś inny" jako reakcja dowódcy sił porządkowych na niezłą zadymę na ulicy pod stadionem). Zadania nie ułatwiała im też czerwona propaganda, która z uporem twierdziła, że "to wszystko sprawka jednostek i prowodyrów", właśnie "pseudokibiców". Częstokroć bezradność i nieporadność Milicji była tak widoczna, że stawało się to pretekstem do kpin i żartów a także, przeważnie nieco "okrężnej" (np. listy "oburzonych obywateli") krytyki w prasie. W tej sytuacji nie mogło być dla nikogo zaskoczeniem, że władze postanowiły bronić swego autorytetu(?) i "ostro się za kiboli zabrać". Pojawiła się "opieka" na dworcach komunikacji, byliśmy częściej "profilaktycznie spisywani", czasem (przeważnie gdy "stan wskazywał na spożycie") zatrzymywani na czas meczu, sypały się też mandaty (np. za nieprawidłowe przejście przez jezdnię, używanie słów "powszechnie uznawanych za obelżywe i wulgarne"), a czasem kierowano wnioski na kolegium. Coraz bardziej ochoczo Milicja używała też (często bez przyczyny i potrzeby) tzw. "środków przymusu bezpośredniego". Ciągle jednak przekładało się to nijak na zahamowanie rozpędzonego pociągu i ruch kibicowski dość zdecydowanie zmierzał w kierunku "chuliganki" lat 80/90.

Z naszych, polonijnych (w ramach Klubu Kibica) doświadczeń najbardziej uciążliwe stawało się "świecenie oczami" i konieczność(?) tłumaczenia się przed władzami klubu czy Milicją w związku z każdą, pojedynczą akcją każdego, pojedynczego kibica lub grupy kibiców. Dla wielu było jasne, że w naszym gronie raczej nie było podziałów wewnętrznych na "porządnych kibiców" oraz tych "pseudo-", ciągle stanowiliśmy jedną, niezbyt liczną, ale zawsze solidarną wspólnotę, w której dość trudno było oddzielić "wykonawców" od "prowodyrów". Staraliśmy się przy tym (z różnym skutkiem) chronić naszą organizację przed posadzeniem o "inspirowanie i nawoływanie". Sytuacja taka stawała się jednakże dla wszystkich dość niewygodna i męcząca. Wielokrotnie niektórzy z nas byli wzywani na rozmowy z "czynnikami", byliśmy szantażowani, straszeni i inwigilowani w środowisku. Pewnego dnia (po meczu) zostałem bez powodu zatrzymany i po całonocnych bezsensownych przesłuchaniach ("starą babcię uderzyłeś i portmonetkę jej ukradłeś!"), przewieziony na słynny komisariat na ul. Rostka, skąd wypuszczono mnie w południe (po pobraniu odcisków palców i komplecie "pamiątkowych" zdjęć). Po latach przypadkowo spotkałem mojego byłego dzielnicowego, który potwierdził, że "chodziło w tym wszystkim o Polonię". Wacek podobną "przygodę" (również po meczu) przeżył w związku z "kradzieżą" jakiś rękawiczek. Przeciwko Amantowi skierowano wniosek do Kolegium d/s wykroczeń za używanie "słów" na stadionie! (o ile wiem wybronił się z tego – koneksje rodzinne). Do tego dochodziły dość nieprzyjemne rozmowy w klubie (dla mnie np. podczas zebrań zarządu) połączone z różnymi warunkami i małymi szantażami na temat przyszłości naszego Klubu Kibiców. Odnosiłem wrażenie, że wszyscy oni chcieli, aby Klub Kibiców przekształcił się w jakąś "komórkę wychowawczą" wspomagającą socjalistyczne organa w prewencji, organizacji imprez oraz tzw. "zabezpieczenia porządku". To wszystko oczywiście "śmierdziało na odległość" (co najmniej konfidenctwem) i nie miało nawet najmniejszych szans na naszą akceptację czy ewentualny kompromis. Takie jednakże stawały się nasze "codzienne realia", w których czuliśmy się oczywiście coraz gorzej i które w przyszłości doprowadziły do "zamknięcia tego rozdziału".

Na froncie sportowym (jeśli o Polonię chodzi) nadal niewiele ciekawego się działo. Nasza drużyna grała bardzo przeciętnie, ale jakoś jeszcze przez parę lat wystarczało to do utrzymania się wśród najlepszych. Ciekawostką sezonu (1973/74) był natomiast "casus Zagłębie Sosnowiec". Tak słabo grającej drużyny ekstraklasa dawno nie widziała. Po rundzie jesiennej "gorole" byli zdecydowanie czerwoną latarnią tabeli tracąc sporo do rywali i będąc niemal stuprocentowym kandydatem do spadku. Jednakże w czasie przerwy zimowej "poszły w ruch telefony" i drużyna została diametralnie "odmieniona". Oczywiście wszyscy zdawali sobie sprawę na czym rzecz polega i "kto za tym stoi" (tow. Gierek był zadeklarowanym "zagłębiokiem"). Mimo tego (jak to było przyjęte w tamtych czasach) nikt oficjalnie nie dostrzegał przyczyn dziwnej "metamorfozy" gorolskiej ekipy, a prasa nadała jej nawet przydomek "rycerzy wiosny". W Sosnowcu większość przeciwników solidarnie "kładła się na boisku", sędziowie nie pozwalali goroli "skrzywdzić" i ekstraklasę dla czerwonego Zagłębia uratowano. Również Polonia do Sosnowca pojechała "na pożarcie" i po meczu bez walki i historii poległa 0:3...




Mecz ten jednakowoż mimo wszystko pozostał w naszej pamięci i to nie tylko ze względu na tradycyjne już "spotkania" z kibicami Zagłębia. Tym razem mobilizacja goroli przed meczem była wyjątkowa, na co z pewnością wpływ miały wydarzenia z poprzedniego sezonu w Bytomiu. Do Sosnowca podstawowa grupa jechała starym, trój-wagonowym tramwajem z Chorzowa do Sosnowca (droga nieco okrężna). Podróż tramwajem musieliśmy zakończyć nieco wcześniej, gdyż tramwaj został kompletnie rozbity gradem kamieni. Po przegonieniu grupy "bohaterskich kamieniarzy" (gówniarzeria) pomaszerowaliśmy ze śpiewem na ustach w stronę stadionu. Po paruset metrach zza zakrętu wyskoczyła na nas niewielka grupa goroli. Podjęliśmy (dość wyrównaną) walkę do czasu, gdy od strony stadionu ukazała się bardzo liczna, "uzbrojona" w pałki i inny drobny sprzęt "gorolska armia" (która jak się okazało na próżno wyczekiwała nas na stadionowym przystanku tramwajowym). W nasze szeregi wkradła się panika i większość salwowała się ucieczka. Starcie to z pewnością zakończyłoby się dla nas dość tragicznie, gdyby nie "pomoc"... licznie przybyłych oddziałów Milicji. Choć wielu z nas mogło po tym starciu "pochwalić" się drobnymi urazami to paradoksalnie z naszej grupy poważniej ucierpiała tylko jedna osoba i to nie z rąk goroli, ale właśnie na skutek zdecydowanej i brutalnej (bili na oślep!) akcji "stróżów prawa". Przez prawie cały mecz atmosfera na trybunach była bardzo napięta, a ilość i "jakość" obustronnych bluzgów przekroczyła chyba wszelkie normy. Natomiast redaktorowi Trybuny Robotniczej (czy on w ogóle był na meczu?) "...nie podobała się postawa pewnej grupy widowni, która w sposób niekulturalny przeszkadzała kibicować sympatykom Polonii...".

Wtedy też, w kwietniu 1974, po raz pierwszy na polskim stadionie (chociaż w Sosnowcu) usłyszano doping kibiców Polonii na nutę "You’ll never walk alone". Melodią tą znaliśmy już od jakiegoś czasu z "nasłuchów" transmisji piłkarskich w radiu BBC. Później w moje ręce wpadła kaseta z nagraniem jakiegoś znanego zespołu rockowego, zaczynającym się chóralnym śpiewem kibiców podczas meczu Liverpool - Everton w 1970 roku.

 



Melodia ta długo nie dawała nam spokoju. Próbowaliśmy ją "rozpracować" i śpiewać przy okazji naszych prywatnych spotkań i imprez. Wydawała się ona jednak wszystkim zbyt trudna do wprowadzenia na nasze trybuny. Wszystkim tylko nie Amantowi. To głównie jego konsekwencji i uporowi zawdzięczamy, że (wprawdzie po bardzo niewielkich uproszczeniach) melodia ta na parę lat znalazła swoje miejsce w repertuarze kibiców Polonii Bytom. Pamiętam, że początkowo wcale niełatwo było przekonać większość naszej tramwajowej ekipy, iż to może się udać, ale po paru godzinach "prób i błędów" uzyskaliśmy brzmienie przypominające to oryginalne, angielskie...



Kolejnym pamiętnym motywem, dzięki któremu mecz w Sosnowcu przeszedł do historii kibiców Polonii (a także miasta Bytomia!) były wydarzenia jakie rozegrały się na ulicach miasta już po naszym powrocie z Sosnowca. Zaczęły się one kilka godzin wcześniej, gdy władze (Milicja) wyeksmitowały z mieszkania na ul. Podgórnej (wynosząc na ulice meble i dobytek) jego lokatorkę, którą znana była między innymi bywalcom lokalnej knajpy. Wraz z "koleżkami od kufla" narobiła ona dość sporego "larma" znacznie "zakłócając porządek publiczny". Milicjanci popełnili wtedy spory błąd taktyczny próbując, na oczach przypadkowych przechodniów, "siłowo" rozładować sytuację. Spowodowało to gwałtowną reakcję bywalców lokalu (ale także innych przechodniów) i milicjanci zostali zmuszeni do odwrotu! Niebawem, po przybyciu (nielicznych) posiłków spróbowali ponownie. Tym razem jednak napotkali już na zdecydowany i brutalny opór. Zostali (niektórzy z "urazami cielesnymi") z miejsca akcji przepędzeni przez rozgniewany i zbuntowany tłum, między innymi przy pomocy pustych butelek po mleku, kontenery z którymi stały na chodniku. Od kiedy pamiętam w oczach społeczeństwa Milicja zawsze odbierana była jako "przedłużenie" partyjnej władzy totalitarnej i protest przeciwko niej (czy jak w tym wypadku – wręcz walka) podświadomie rozumiany i odbierany był jako protest przeciwko całemu systemowi. W obliczu takiego "triumfu" w starciu z "władzą", tłum na Podgórnej stawał się coraz gęstszy i nastawiony coraz bardziej bojowo.

Taką sytuację zastali w Bytomiu kibice Polonii wracający z meczu w Sosnowcu. Oczywiście (także z ciekawości) większość udała się (w barwach klubowych i z flagami) na "miejsce akcji". To stało się później asumptem do oskarżeń naszej grupy o wywołanie tych zamieszek. W miarę upływu czasu tłum stawał się bardziej agresywny i "żądny krwi" (i nie tylko), więc zaczęło się demolowanie i grabież sklepów. Przed jednym z nich spotkaliśmy stojącego "naszego" Prezesa p. Heczko, który był w tym czasie dyrektorem MHD (centrali sklepów, które właśnie były demolowane). Wiem, że nam tego spotkania nie zapomniał...

Pamiętam też jak po tym, gdy ogołocony został mały sklep z alkoholem z okna na pierwszym pierze wychyliła się twarz starej kobieciny, która łamiącym się głosem przekazała wspaniałą (dla "spragnionych" wiadomość: "Panowie, tam w podwórzu jest jeszcze magazyn z gorzołką!". Tego dwa razy nie trzeba było powtarzać i... igrzyska trwały dalej! Jednakże my (zaopatrzeni w parę butelek) postanowiliśmy zakończyć ten nasz protest przeciwko ustrojowi. Udaliśmy się początkowo w stronę ul. Witczaka, jednak szybko zorientowaliśmy się, iż o ile w bezpośrednim sąsiedztwie Podgórnej teren był absolutnie "czysty", o tyle ulice w pobliżu Komitetu Miejskiego PZPR (Żeromskiego, plac Dzierżyńskiego) były wręcz przeludnione mundurowymi i "cywilami" (trochę rozsądku w tym było, bo na własne uszy słyszałem na Podgórnej nawoływania do "marszu na Komitet"!). Niestety również na "bezpieczny" odwrót w stronę przeciwną było za późno, bo Milicja zatrzymywała już wszystkich. Z wielkim bólem zostawiliśmy więc nasze zapasy w jakiejś bramie (ktoś się pewno zdziwił i ucieszył!) i po krótkiej rozmowie z legitymującymi nas funkcjonariuszami ("kurwa, znowu Polonia!" – mieliśmy klubowe szaliki) przedostaliśmy się poza kordon. Po drodze przechodziliśmy obok Komendy Miejskiej MO, gdzie panowało pełne "wojenne" pogotowie. Okoliczne drogi dosłownie zatarasowane były milicyjnymi pojazdami (przeważnie "budy"), a z wszystkich stron biegli "na rozkaz" mobilizowani "gliniarze". Do frontalnego ataku siły porządkowe (Milicja wspomagana przez znienawidzone ORMO) przystąpiły niebawem (około godziny 22). Oczywiście wydarzenia te znam jedynie z relacji naocznych świadków. Podobno Milicja wykazała się niesamowitą brutalnością (także w stosunku do kobiet i nieletnich). Oczywiście, jak to w ich zwyczaju, nie dano ludziom możliwości spokojnego rozejścia się (lub co najmniej bezpiecznej "drogi ucieczki", a nawet "ścieżki zdrowia"). Wiele osób zostało przewiezionych do okolicznych szpitali z poważniejszymi obrażeniami ciała. Ale jeszcze więcej zostało zatrzymanych i aresztowanych. Byli wśród nich kibice Polonii (między innymi Czesiek Janus oraz Marek Woźniak). Większość wkrótce wypuszczono, ale niektórzy zostali "postawieni w stan oskarżenia". Niestety, znalazł się wśród nich nasz przyjaciel, członek zarządu Klubu Kibiców, Marek Woźniak. Jeszcze przed rozprawą udało mi się go odwiedzić (jako jego "(pół)brat") w areszcie śledczym w Gliwicach. Później (jako przedstawiciel Polonii) uczestniczyłem w farsie prawnej na sali sadowej, gdzie Marek za "zakłócenie porządku publicznego", "udział w nielegalnym zgromadzeniu" oraz... kradzież batonika czekoladowego został skazany na (standardowe – prawie wszyscy "podgórniacy" dostali taki wyrok) 1,5 roku pozbawienia wolności. Zeznawali jedynie milicjanci, a dowodami rzeczowymi były zdjęcia jakie z okien budynku Straży Pożarnej robili funkcjonariusze. Na jednym z nich widać było wyraźnie Marka stojącego na ladzie ogołoconego sklepu. To wystarczyło. Kiedy następnego dnia rano podczas drogi do szkoły przemierzałem ulice Podgórną nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Ulica, chodniki, ale także sklepy były kompletnie uporządkowane i dla niezorientowanych w sytuacji rozmiar "publicznych niepokojów" poprzedniej nocy był raczej nie do wyobrażenia. Nawet witryny sklepowe (świecące nowymi, wstawionymi szybko szybami) przyciągały klientów uporządkowanymi atrakcyjnie wystawami! Jedynie na ulicy można było jeszcze zobaczyć nie do końca wymiecione rano przez dozorców drobne kawałki szkła.

W tamtych czasach każdy objaw społecznego niezadowolenia odbierany był przez władze jako sprawa polityczna. Cała polityka opierała się na doktrynie propagandy sukcesu. Społeczeństwo miało być jednomyślne ("Naród z partią – Partia z Narodem"), z zapałem i entuzjazmem budujące socjalizm i (właśnie z tego powodu!)... szczęśliwe! Nie było tu miejsca na niezadowolenie i protesty. Dlatego właśnie również sprawa Podgórnej została kompletnie "wyciszona". Jedynie w "kuluarach" ciągle słyszeliśmy niesamowite (i nieprawdziwe) rozpowszechniane przez "nieznanych sprawców" historie o tym, jak to "pseudo-kibice" Polonii wywołali w Bytomiu chuligańskie ekscesy. Kiedyś (jeszcze przed wojną) mówiło się, że "wszystkiemu winni cykliści". Teraz widocznie nastała nowa era i za wszystko należało winić... kiboli!




autor: BOGDAN