/p>

Wspomnienia z historii: "Działacze z powołania?"
Wpisany przez BOGDAN   
czwartek, 18 listopada 2010 00:55

 

Jeszcze zanim nasz Klub Kibiców rozpoczął "oficjalną" działalność zacząłem z kronikarską dokładnością zbierać wycinki prasowe dotyczące Polonii Bytom, a zwłaszcza te, w których mowa jest o nas, kibicach. Wycinki te wraz z komentarzami oraz opisami wydarzeń z życia kibicowskiego (ale także np. relacje z zebrań Zarządu Klubu Kibiców) zebrałem, następnie w zeszycie formatu A-4, dumnie (i chyba trochę na wyrost) przez nas nazywanym naszą "Kroniką". Dość kuriozalnie w kronice tej wklejony był również artykuł o... niej samej! Artykuł ten, napisany przez Wojciecha Tatarczucha (syna znanego działacza Polonii) ukazał się w katowickim "Sporcie" w 1974 roku. Z autorem spotkałem się tylko raz. Miałem wtedy przy sobie ów "zeszyt formatu A-4, w plastikowej, zielonej oprawie..." i od takiego właśnie opisu kroniki rozpoczyna się poniższy artykuł "Działacze z powołania".






Szczerze mówiąc, nie byliśmy do końca "zachwyceni" wszystkim, co redaktor Tatarczuch napisał. Miał on prawdopodobnie z góry wyznaczone założenia i "wychowawczo-społeczne" tezy oraz role i zadania, które artykuł powinien spełniać. Gorszą sprawą było, iż w artykule znalazły się "cytaty" z mojej Kroniki, których... niemożliwym było się w niej doszukać! Podobnie pozmieniał Redaktor historie, które mu osobiście opowiadałem "dopasowując" je (poprzez przekręcanie bądź zgoła "tworzenie nowych" faktów) do powyższych propagandowych założeń. Przykładowo w naszej rozmowie opisałem mu dokładnie, co działo się (a działo się!) po meczach w Rzeszowie oraz w Chorzowie (między innymi), z czego Redaktor "zapamiętał" jedynie, że "po meczu był głośny pochód" oraz "udało nam się zażegnać incydent". Każdy myślący wiedział również, że żadnych butelek po meczach nie zbieraliśmy, a kandydaci do naszej sekcji nie przechodzili egzaminów z przepisów gry w piłkę nożną! Nieprawdą jest również, iż kogokolwiek skreśliliśmy z naszego grona na skutek tego, że "lubił podgazować" (jest natomiast prawdą, że nie wszystkich do naszego klubu przyjmowaliśmy, ale przy tym braliśmy pod uwagę głównie nieco inne kryteria). Ogólnie do tego typu prasowych manipulacji (oraz do tego że niewiele byliśmy w stanie zrobić w celu zmiany takich zachowań) wszyscy zdążyli się w komunistycznych czasach przyzwyczaić, ucząc się zawiłej sztuki "czytania między wierszami". W tym kontekście uznaliśmy, że artykuł spełnił (z punktu widzenia naszych, polonijnych interesów) pozytywną rolę i zrezygnowaliśmy z proponowanych przez niektórych "drobnych" form protestu (list do redakcji, "rozmowa" z Redaktorem, itp). Osobiście byłem zadowolony z takiego rozwiązania i to nie tylko dlatego, iż we wstępnym akapicie artykułu autor wyróżnił mnie mianem "prawdziwego kibica"! ("zeszyt ten (...) w zestawieniu z rozmowami przeprowadzonymi z autorem Brulionu Sztuki Kibicowania powstała taka oto opowieść o prawdziwym kibicu...").

Muszę też w tym miejscu "oficjalnie" odpowiedzieć na ponawiające się pytania moich kolegów o to, gdzie obecnie znajduje się Kronika. Otóż z przykrością muszę poinformować, że padła ona ofiarą... stanu wojennego! Jeszcze przed jego ogłoszeniem w obawie, iż prędzej czy później w lokalu, który zamieszkiwałem (a które mogło być uznane za siedzibę wielu "działań godzących w polską państwowość i sojusze") dojdzie do "profilaktycznego przeszukania", ukryłem Kronikę (wraz z wieloma mniej lub bardziej "trefnymi" materiałami) na strychu domu członka rodziny. Materiały te zostały, już w czasie trwania "wojny jaruzelskiej" oraz mojego "urlopu" w "obozie dla internowanych", przypadkowo "odkryte" przez szacowną ciocię. Oczywiście po pobieżnym zapoznaniu się z zawartością znaleziska (było tam sporo "nielegalnej" bibuły oraz literatury z "drugiego obiegu") wpadła w panikę i całą zawartość natychmiast spaliła w swoim kaflowym piecu. W ten sposób do historii (obok właśnie historycznych materiałów politycznych) z dymem przeszedł nie tylko "Brulion Sztuki Kibicowania", ale również (między innymi) egzemplarz mojej... pracy dyplomowej, pewne dokumenty oraz legitymacje...

Artykuł "Działacze z powołania?" oprócz innych "niedoskonałości" i nieścisłości nie opisywał również prawie w ogóle naszej codziennej działalności w ramach Klubu Kibiców (i nie tylko), który ciągle się rozwijał i "dojrzewał". Nadal główny nacisk kładliśmy na sprawy kibicowskie takie jak: wygląd stadionu, doping, organizacja wyjazdów, nie zaniedbując spraw organizacyjnych, staraliśmy się również wtedy nieco poprawić nasz społeczny "image". Zorganizowaliśmy między innymi młodzieżowy (wiek do 15 lat) turniej "dzikich drużyn" z udziałem 16 zespołów. Do współudziału i wsparcia w organizacji tego przedsięwzięcia udało nam się pozyskać paru sponsorów. KS Polonia udostępnił przygotowane (linie, siatki) boiska, sprzęt oraz ufundował skromne, związane z Polonią nagrody. Drobne upominki ufundował też BZPO oraz Zarząd Miejski Związku Młodzieży Socjalistycznej(!), który również opłacił "profesjonalną" trójkę sędziowską, która po meczu pierwszoligowym (podczas Dni Bytomia) sędziowała mecz finałowy. Pozostałe mecze sędziowane były również przez "prawdziwych" arbitrów delegowanych (społecznie) do tego przez Bytomskie Kolegium Sędziów. Pamiętam, że na jedno ze spotkań sędzia "nie dotarł" i (za zgodą zainteresowanych) sam musiałem podjąć się tej roli (bluzgów nie słyszałem!). Przez przypadek (a może raczej litość i sympatię) związałem się też mocniej z jedną z drużyn. Zgodnie z regulaminem każda zgłoszona drużyna powinna była mieć swojego "trenera-opiekuna". Jedna z nich, taka typowo "podwórkowa zbieranina" z Łagiewnik zwróciła się z prośbą o podjęcie się tego zadania... do mnie! Pod wpływem chwili (bardzo sympatyczni chłopcy) i w związku ze sprawami formalnymi (termin zgłoszeń upływał w tym dniu) zgodziłem się i... nie pożałowałem! "Moja" jedenastka z Łagiewnik wygrała ten turniej, a cala ekipa została później "wchłonięta" w system szkolenia piłkarskiego Polonii...

Z innych inicjatyw Klubu Kibiców pamiętam organizowane przez nas (przy wsparciu władz klubu) piłkarskie mecze i turnieje "open" dla kibiców, odbywające się na Torkaciku w parku. Zorganizowaliśmy też kilka konkursów (z nagrodami) na temat wiedzy o historii Polonii. Planowany podobny, ale na wielką skalę konkurs (z finałem w Liceum przy placu Sikorskiego), choć początkowo zapowiadał się bardzo dobrze (zgoda dyrekcji, udostępnienie sali, sponsorzy) z jakiś powodów "formalnych" nie doszedł jednak do skutku. Pomagaliśmy też przy dystrybucji ("lotne" kasy) biletów na mecze w Bytomiu. Pod koniec sezonu, przed ostatnim meczem, uroczyście (kosz kwiatów z niebiesko-czerwonymi wstęgami) pożegnaliśmy kończącego karierę w Polonii, niezwykle lubianego naszego piłkarza, rekordzistę jeśli o pierwszoligowe występy w naszej drużynie chodzi (rozegrał w niej 329 meczów), Pawła Orzechowskiego.

Ciągle wzbogacał sie tez nasz repertuar związany z organizacja dopingu. Wtedy, między innymi, powstała moja ulubiona piosenka o Polonii "Hej zwyciężaj nam Polonio" (na melodię Glory, Glory, Alleluja). Pamiętam doskonale dzień i okoliczności, w jakich napisałem te strofki. Przed zebraniem zarządu w klubie prezes Heczko podał mi kartkę ze słowami piosenki, która napisała... jego sekretarka! O ile mnie pamięć nie zawodzi prezentowało się to tak:

"Kiedy drużyna nasza dzielnie rusza w bój,
Gorąco dopinguje ją kibiców rój.
Czy wiosna, jesień, słota czy pogodny maj
Graj Polonio, graj nam graj!
   Hej zwyciężaj nam Polonio,
   Fair play zawsze Twoją bronią.
   Hej zwyciężaj nam Polonio
   Po sportowe laury dąż!
"

Od jakiegoś czasu "chodziło mi po głowie" wykorzystanie tej melodii i (po stwierdzeniu, że powyższy tekst raczej się "nie przyjmie") w czasie tej nasiadówki (jak zwykle nudnej) spłodziłem "na gorąco" takę jej wersję:

"Błękit i czerwień Polonisty zdobią dres,
Więc każdy kibic takie barwy nosi też.
Błękit - bo wierzy kżzdy z nas w drużynę swą,
Czerwień – bo kochamy ją!
   Hej, zwyciężaj nam Polonio,
   Fair play zawsze Twoją bronią.
   Hej, zwyciężaj nam Polonio,
   Niechaj Polska Bytom zna!
"

W tym samym przedziale czasowym powstała również inna, do dzisiaj dość popularna (choć w różnych wersjach) na polskich stadionach piosenka:

" W pewnym śląskim mieście,
Gdzie hutnicy topią stal,
Jest drużyna Nasza,
Która zwie się Polonia
   Alleluja, alleluja, alleluja Polonia...
"

Inna, równie popularną piosenkę napisaliśmy wspólnie podczas pijackich śpiewów w trakcie męskiej (pardon: jedna dziewczyna była obecna!) biesiady sylwestrowej 1973/74 u mnie w domu:

" Polonio, Polonio, Co żeś Ty za pani
Że za Tobą idą, Że za Tobą idą
Chłopcy malowani?
   W błękit oraz czerwień wszyscy są przebrani
   Polonio, Polonio, Polonio, Polonio
   Jak my Cię kochamy...
"

W 1974, spod biura Staszka Chytry wyjeżdżaliśmy samochodem służbowym na mecz ligowy do beniaminka ekstraklasy, drużyny GKS Tychy. Samochód "Aro", rumuńska odmiana Jeepa, pomieścił całą naszą "śmietankę intelektualną", a kierowcą był "Suchy" zatrudniony przez Staszka "po znajomości i... szalu". Wtedy właśnie powstała, również popularna po dzień dzisiejszy, krótka przyśpiewka śpiewana na melodie francuskiej "Marsylianki":

"Do boju Polonio!
Do boju Polonio!
Wiec marsz marsz marsz
Do boju marsz
Zwycięstwo czeka nas...
"

Nasze kibicowanie Polonii nie ograniczało się już wtedy jedynie do piłki nożnej. Polonia była klubem wielosekcyjnym i wtedy właśnie rozpoczęła się budowa podstaw pod przyszłe sukcesy sekcji koszykówki oraz hokeja na lodzie. Budowanie potęgi koszykarskiej w Bytomiu odbywało się trochę na "wariackich papierach" jako, że miasto absolutnie nie dysponowało ani jednym obiektem, gdzie takie zawody mogłyby rozgrywać się przy udziale większej publiczności. Mecze koszykówki Polonii rozgrywane były początkowo w sali gimnastycznej mojej szkoły przy ul. Roosevelta lub w hali Baildonu w Katowicach czy też w małej sali przy katowickim Spodku, gdzie dość często bywaliśmy. Później wybudowano halę sportową niedaleko stadionu Szombierek. Z tej właśnie hali pamiętam dość znamienny incydent, który wydarzył się podczas decydującego o awansie do drugiej ligi meczu z ROW Rybnik. Na parę sekund przed końcem spotkania, gdy Polonia przegrywała jednym punktem podczas "walki wręcz w parterze" (piłka "niczyja") pod koszem rywala (prawdopodobnie czas meczu, by w ten sposób upłynął), nagle... zgasło światło! Atmosfera i "temperatura" zarówno na parkiecie, jak i na wypełnionej widowni (i tak już dochodząca do punktu "wrzenia") jeszcze w tej ciemności podskoczyła o parę stopni. Po parunastu minutach, gdy ponownie zapanowała w hali "jasność" okazało się(!), że sędziowie w tej walce o piłkę "dopatrzyli" się faulu zawodnika ROW-u i po rzutach osobistych Polonia wygrywając ten mecz awansowała do drugiej ligi! Sukcesy obu sekcji koszykarskich to niewątpliwie zasługa wielkiego zaangażowania trenerów oraz młodych działaczy z nieodżałowanej pamięci Jasiem Stankowskim na czele. Sporo lat po tym "incydencie rybnickim", rozmawiałem na jego temat z Jasiem (był on wtedy szefem night-clubu Badaro). Okazało się, że to właśnie on ("działając w porozumieniu" z dyspozytorem elektrowni Szombierki) był odpowiedzialny za ten nagły brak energii elektrycznej podczas meczu z Rybnikiem... Działacze koszykówki, rozumiejąc jaką rolę może odegrać to w przyszłości, zabiegali też o kontakty z kibicami oraz nasze poparcie. Jasiu Stankowski zorganizował kiedyś nawet dwa autokary na wyjazdowy mecz w Ostrowie Wielkopolskim, gdzie narobiliśmy sporo "zamieszania". W tym samym czasie o wejście do drugiej ligi walczyli nasi hokeiści. Pamiętam decydujący o awansie mecz w "Stodole" (choć trudno ją tak nazwać, bo nie była jeszcze zadaszona!) z drużyną Zjednoczeni Września. Polonia wygrała wysoko, wypełniona "hala" skandowała "Zjednoczeni – rozdupceni", płonęły kapelusze Nikodemowicza i Stecyka. To było preludium do tego, co miało nastąpić w późniejszych latach...

Kiedy po raz kolejny składając przed szanownym gremium Walnego Zgromadzenia Polonii Bytom, już bardzo oficjalne i wyważone, sprawozdanie z kolejnego roku działalności Klubu Kibiców powołałem się na artykuł "Działacze z powołania" spekulując właśnie nad możliwościami większego udziału i zaangażowania ludzi związanych z Polonią (i przywiązanych do "barw") w jego rozmaitej (także organizacyjnej) działalności i wynikających z tego korzyści. Apel mój w praktyce nie przyniósł wtedy większego oddźwięku i konkretnych rezultatów. Jednak można powiedzieć, że Redaktor Tatarczuch miał sporo racji przewidując w swoim artykule, iż z grupy młodych zapaleńców udzielających się w Klubach Kibiców wyrośnie grono "dorosłych" działaczy społecznych (i to nie tylko na niwie sportowej). Kilku z nas w późniejszych okresach życia związało swoje losy z działalnością (czasem połączoną z "pełnieniem obowiązków" bądź zatrudnieniem) w Klubie Sportowym Polonia Bytom. Spośród tych bardziej znanych wymienić tu należałoby Staszka Chytre czy Jurka Poznańskiego oraz oczywiście byłego Prezesa klubu Janusza Grześko.



autor: BOGDAN