/p>

Wspomnienia z historii: "Koniec Klubu Kibiców?"
Wpisany przez BOGDAN   
czwartek, 02 grudnia 2010 14:43

 

Wiele (i ciągle) zmieniało się w funkcjonowaniu i postrzeganiu (przez "świat zewnętrzny", ale również przez nas samych) naszego Klubu Kibiców od czasów jego "kiełkowania" i narodzin, poprzez dynamiczny rozwój i niewątpliwe osiągnięcia, do stanu w którym sami zaczynaliśmy mieć wątpliwości czy dalsze jego funkcjonowanie i działalność w obecnej formie i realiach ma sens. Wielokrotnie dyskutowaliśmy o tym w swoim gronie. Pamiętam, że (nie wnikając w detale) za drastycznymi zmianami (włączając w to rozwiązanie Klubu, jeśli to byłoby konieczne) oprócz mnie opowiadał się również Janusz Grześko ("Amant"). Jednakże pozostali członkowie naszego Zarządu (oraz inni zaangażowani kibice) optowali raczej za "ewolucyjnymi zmianami", co praktycznie sprowadzało się do "a my robimy swoje" (a wiec do maksymalizacji korzyści płynących z istnienia klubu i częstokroć "robienia dobrej miny...".



Problemem głównym był wyraźny zanik poparcia i kooperacji wśród członków Zarządu KS Polonia, częste pretensje o zachowanie kibiców i próby wpływania lub wywierania presji na nasze wewnętrzne decyzje. Ludzie ci nie "czuli" zmian w środowisku kibicowskim (nie tylko bytomskim), które już od jakiegoś czasu "wyrosło" z epoki "kształtowania świadomości i wychowawczej roli" i kolorowych "przebierańców" grzecznie śpiewających na stadionach, a po meczach przykładnie, parami rozchodzących się do domów. Czasy się zmieniły, zmienili się ludzie oraz warunki, a wraz z tymi zmianami przekształcenia wymagała działalność i określenie roli Klubu Kibiców. Jednakże w Polonii odnosiło się wrażenie, iż Klub oczekuje od nas wzięcia współodpowiedzialności za organizację meczów, za porządek na trybunach i zachowanie wszystkich kibiców. Oczywiście wyznacznikiem "zachowań negatywnych" byłaby opinia Zarządu, służb porządkowych, władz, prasy, itd. Wielu z nas taka rola nie odpowiadała. Dla mnie osobiście było to dodatkowo o tyle "niedogodne", że to ja na zebraniach zarządu "musiałem" nasze zachowania (niejako naturalnie często przecież niekoniecznie zgodne z ich oczekiwaniami!) tłumaczyć i właśnie tą "dobrą, do złej gry, minę robić".

Coraz bardziej byliśmy również inwigilowani przez "służby państwowe". Osobiście wzywany byłem kilkakrotnie (najczęściej bez konkretnego powodu) na rozmowy w Komendzie Miejskiej MO. Odczuwałem zmianę w nastawieniu do mnie oficerów śledczych prowadzących ze mną rozmowy. Domyślałem się, iż wynikało to z faktu coraz mniejszego "oparcia", jakie początkowo miałem w wyższych funkcjonariuszach miejskiej milicji zasiadających wraz ze mną w Zarządzie Polonii, a z którymi od jakiegoś czasu "nie było mi po drodze", gdyż często podważałem ich zdanie i opinie wyrażane (głównie na nasz temat) w czasie obrad zarządu.

Odnosiłem również wrażenie, że rola i znaczenie Klubu Kibiców (jako instytucji) w środowisku znacznie sie zdewaluowała. Nasza "oferta" nie była już tak atrakcyjna, jak kiedyś. Kibicom ciągle mogliśmy zaoferować organizację wyjazdów (autokary), ale nawet w naszej opinii najczęściej ciekawsze, nastręczające mniej problemów logistycznych (a także liczniejsze) były wyjazdy koleją (tym bardziej, że "załatwianie" autobusów było coraz trudniejsze z uwagi na większy "element ryzyka"). Od czasu do czasu mogliśmy wystąpić do klubu o sfinansowanie (lub dofinansowanie) takich wyjazdów jak również produkcji flag, czapek, szalików czy innych klubowych gadżetów. Nie były to jednak sumy "powalające", a do tego najczęściej "obwarowane" różnymi warunkami i drobnymi szantażami.

Ciągle oczywiście staraliśmy się kontynuować inne formy naszej "statutowej" działalności, jednak myślę, że generalnie większość naszych kiboli nie była tym wszystkim zbytnio zainteresowana. Zmalała też znacznie (zwłaszcza procentowo) liczba naszych członków (zwłaszcza tych... opłacających składki). Wielu ważnych i bardziej znaczących kolegów optowała za niezapisywaniem się do naszego klubu. Rosła rola naszej "ekipy sportowej", a do głosu zaczynała już dochodzić "chuliganka". Wcale nie oznaczało to iż, jako kibice i w pewnym sensie przywódcy, byliśmy odsunięci, nieaktywni, bądź "zepchnięci na boczny tor". Nic bardziej błędnego.

Pytanie, które wtedy sobie stawialiśmy brzmiało: czy na obecnym etapie rozwoju sceny kibicowskiej w Bytomiu i w Polsce potrzebny (przydatny) jest dość ściśle powiązany z innymi organizacjami (a przez to nieco uzależniony od nich) Klub Kibiców? Odpowiedź na to pytanie nie była łatwa ani jednoznaczna i jak się okazało wymagała czasu i nowych doświadczeń. Mój, osobisty "czas i doświadczenie", które przesądziły o odpowiedzi na powyższe pytanie oraz podjęciu decyzji miał nastąpić już niebawem. W maju 1974 roku Polonia rozgrywała swój derbowy mecz na stadionie Szombierek przegrywając po bardzo słabej grze 0:1. Ale nie wynik ani przebieg meczu był w tym wypadku najważniejszy. Po raz pierwszy doszło wtedy do dość poważnej konfrontacji z kibicami "zza miedzy".



Szombierki po jednorocznej banicji w drugiej lidze triumfalnie powróciły do ekstraklasy. Jak to dość często w takich wypadkach bywa, kwarantanna w niższej klasie rozgrywkowej miała korzystny wpływ nie tylko ze sportowego punktu widzenia (odbudowa drużyny), ale również korzystnie wpłynęła na sprawy organizacyjne oraz kibicowskie. Stadion w Szombierkach przyciągał wtedy dużo więcej, głównie lokalnych, sympatyków piłki niż w poprzednich sezonach. Wynikało to chyba z agresywnej polityki klubu w zakładach pracy oraz całej dzielnicy, tańsze były też bilety (często również rozdawane np. wśród górników). Poza tym drużyna, było nie było, w końcu wygrywała swoje mecze! Dało się zaobserwować marketingowe działania klubu skierowane w stronę lokalnej młodzieży szkolnej. Do szkół rozsyłano darmowe bilety, klub zaopatrzył też młodzież w (dość prymitywnie wykonane, trzeba przyznać) małe, biało-zielone chorągiewki na kijach. Nie była to oczywiście krajowa czołówka, ale coś w końcu i na Szombierkach zaczynało się dziać. Mowa była o założeniu tam Klubu Kibiców, kiełkowały (i dorastały!) zalążki późniejszej tzw. "bandy Siwego". Z naszej strony patrzyliśmy na rozwój wydarzeń w siedzibie naszego bytomskiego rywala nieco pobłażliwie. Z jednej strony nigdy Szombierek nie darzyliśmy sympatią ani szacunkiem, ale jednocześnie nie mieliśmy nic przeciwko temu, aby również i na tamtym stadionie ruch kibicowski się rozwijał, a mecze (również nasze) przynajmniej nie odstawały, jeśli o atmosferę chodzi, od przyzwoitej "średniej krajowej".





Tej słonecznej, majowej niedzieli sympatykom Szombierek trochę się chyba (może od tego upału?) "w dupach poprzewracało", bo nie tylko przed naszym przybyciem próbowali (oczywiście bezskutecznie) zająć "nasz", centralny sektor na widowni, ale również podczas meczu odważyli się skandować dość agresywne hasła pod adresem naszego klubu! To o tych skandowaniach i przyśpiewkach pisze autor powyższej relacji (Trybuna Robotnicza) z meczu: "Mecz kibiców – przelicytowujących się w intonowaniu okolicznościowych przyśpiewek...". Szkoda, że autor nie przytoczył "prozy" tej twórczej inwencji, bo doskonale pamiętam, że nasz doping podczas drugiej połowy meczu zdominowała przyśpiewka: "Po meczu wpierdol, Szombierki, po meczu wpierdol!". Niedługo okazać się miało, że nie były to "słowa rzucone na wiatr".

Kibice Polonii w sporej liczbie zaczęli opuszczać trybuny parę minut przed zakończeniem spotkania. Bramy wyjściowe ze stadionu Szombierek prowadziły na spory wyasfaltowany plac i drogę dojazdową do stadionu. Plac ten (i droga) od "świata zewnętrznego" odgrodzony był sporym trawiastym pagórkiem. Za tym właśnie pagórkiem gromadzili się Poloniści. Po zakończonym meczu, gdy "szombierkarska" część widowni znalazła się poza bramami stadionu z góry, jak lawina, ruszyła na nich zwarta, niebiesko-czerwona nawałnica. Muszę tu powiedzieć, że w tej akcji nie brałem bezpośredniego udziału. Wraz z Amantem, Wackiem (i paroma innymi "starszymi") przyglądaliśmy się temu z wysokości trybun stadionu. Trzeba przyznać, że widok był dość dramatyczny i... imponujący! Szombierkarze (młodzi i starzy) próbowali serwować się ucieczką, ale jedyna droga odwrotu prowadziła przez... pola i bagna. Tam też większość z nich się skierowała. Pozostali (niestety również sporo "przypadkowych przechodniów") zebrali dość solidny oklep lub co najmniej zostali "sprowadzeni do parteru" (staranowani) przez staczającą się z góry "lawinę". Zdobyczne flagi zostały natychmiast spalone. W ten sposób kibice Szombierek (również w dosłownym tych słów znaczeniu) zostali sprowadzeni na ziemię i przekonali się na długo (a może i na zawsze) gdzie naprawdę jest ich "miejsce w szeregu" (zwłaszcza w Bytomiu). Co ciekawe, żadnej obecności (a tym bardziej interwencji) "służb porządkowych" poza stadionem nie zauważono...

Po zakończeniu tej akcji, uformował się niebiesko-czerwony, dość liczny pochód, który ze śpiewem na ustach wyruszył na przemarsz przez dzielnice. Nie było zbyt mądrym i rozsądnym dla lokalnych mieszkańców pokazywanie się na trasie pochodu. Również dość pechowo było mieć okna od strony ulicy. Pamiętam jeden z incydentów, który wydarzył się, gdy maszerowaliśmy wśród starych "familoków" na ulicy Orzegowskiej. Była to majowa niedziela, a więc okres komunijny. W tamtych czasach nikt nie słyszał o jakiś kościelnych "ograniczeniach w spożyciu" przy tej okazji (a wprost przeciwnie, gorzoła lała się przeważnie strumieniami, gorzej nawet niż na... stypie!). Nagle z jednego z okien mieszkania (na piętrze), gdzie odbywała się komunijna impreza wychyliła się wyraźnie hajerska gęba, z której wydobył się pijacki bełkot: "Polonia – zawrzyjcie już te pyski!". Na jego (i innych biesiadników) nieszczęście okrzyk był na tyle zrozumiały, że czołówka naszego pochodu (którą stanowili nasi zawsze "bojowo" nastawieni młodzi kibice z Rozbarku i Pogody) postanowiła "wprosić się na imprezę". Żadnej przeszkody nie stanowiły dla nich zamknięte i zabarykadowane drzwi, które zostały "otwarte" wraz z framugą czy przeraźliwe wrzaski i piski mieszkańców. Impreza została dokładnie "spacyfikowana", na ulicy pojawiła się nie tylko komunijna wódka, ale także... talerze z jedzeniem! Przez (zamknięte!) okno na chodniku wylądował też... telewizor! (widocznie komuś nie podobał się wyświetlany właśnie program).

W dobrych nastrojach uczestnicy "manifestacji" udali się wtedy w okolice słynnych szombierkowych "fińskich domków" (po drugiej stronie torów tramwajowych, tam gdzie później wybudowano osiedla z wszechobecnej "wielkiej płyty") ostrzegając o swoim przybyciu mieszkańców głośnym skandowaniem "domki fińskie – ryje świńskie!". Nie potrafię dokładnie nawet oszacować strat i zniszczeń. Do dziś "dźwięczy mi w uszach" odgłos lawinowo osuwających się dachówek, po seryjnych "trafieniach" kostkami brykietowymi. Następnego dnia kierownik KS Polonia pokazywał nam "zawiniątka" z kamieniami, które (jako dowody rzeczowe) do klubu przynosiły mieszkanki Szombierek domagając się "sprawiedliwości" i zadośćuczynienia. Na ich szczęście(?) domki fińskie w bardzo nieodległej przyszłości i tak przewidziane były do wyburzenia...

Akcje na Szombierkach z całą pewnością nie zostały zainspirowane ani zorganizowane przez naszą "starszyznę" i Klub Kibiców (co oczywiście nie znaczy, że nie byliśmy ich bezpośrednimi świadkami i nie braliśmy czynnego udziału w "manifestacji" przez Szombierki). Aktywnymi uczestnikami tych zajść byli głównie nieco młodsi, bardziej agresywni kibice. Oni to właśnie już niedługo mieli decydować o naszym, kiboli Polonii, wizerunku i opinii w kraju. Działo się to w obliczu szybko zmieniających się warunków zewnętrznych oraz zmianie "systemu wartości", w którym coraz bardziej do głosu dochodziła i znaczenia nabierała tzw. "chuliganka".

Po jakimś czasie, gdy z odległości dało się zaobserwować pojawienie się pierwszych oddziałów Milicji, dość sporą grupką (tych "mniej agresywnych") skierowaliśmy się w stronę przystanku tramwajowego (obok kościoła). Tam już obecność i mobilizacja "władzy" była bardzo widoczna. Gdy znaleźliśmy się już w wagonie tramwaju, ten został przez Milicję zatrzymany i wszyscy znaleźliśmy się w notesach funkcjonariuszy. Podobno byliśmy ostatnią grupą, która nie zaliczyła "bliższego" kontaktu ze stróżami prawa i przewiezienia na komisariat. Tego dnia nasi kibice wypełnili szczelnie cele aresztów milicyjnych nie tylko w Bytomiu, ale także w okolicznych miastach. Niestety, jak to w takich sytuacjach bywa, dla niektórych (z różnych powodów, których tu nie warto roztrząsać) na tym się nie skończyło, gdyż zostali tymczasowo aresztowani i postawieni w stan oskarżenia. Parę miesięcy później, jako oficjalny obserwator z ramienia klubu, uczestniczyłem w rozprawie karnej dwóch z naszych, najbardziej znanych "bojowników". Akty oskarżenia oraz "dowody winy" wyglądały dość "groźnie". Na szczęście właśnie ogłoszono w Polsce amnestię w związku z 30. rocznicą PRL-u. Na mocy tej amnestii obu zaliczono jako "odbycie kary" okres aresztowania, w wyniku czego Marian M. wyszedł tego dnia na wolność. Niestety Joachim S. musiał jeszcze na jakiś czas wrócić za kraty...

Wracając do tych wydarzeń z maja 1974 i naszego w nich, biernego jedynie, udziału muszę opisać tu również późniejsze (tego samego dnia) działania Milicji, które kompletnie zachwiały w moją (i nie tylko moją) wiarę w sens istnienia i działalność naszego Klubu Kibica w istniejącej formie. Otóż nasze "władze" tego popołudnia i wieczoru w obliczu zaistniałej sytuacji postanowiły... aresztować (profilaktycznie?) cały zarząd naszej organizacji! Już późnym popołudniem dowiedziałem się, że w areszcie na ul. Rostka przebywają m.in. Amant i Siwy oraz, że funkcjonariusze odwiedzili także moje oraz Wacka Tomaszka mieszkanie pozostawiając tam oficjalne wezwania do natychmiastowego zgłoszenia się na Komendę Miejska MO w charakterze... świadków (tak było wtedy przyjęte)! Oznaczało to oczywiście co najmniej spędzenie nocy na "dołku". Moim dodatkowym problemem było, iż następnego dnia wyznaczony miałem termin mojej pisemnej matury z języka polskiego. Poprzez znajomego sąsiada (jedyny który miał telefon) skontaktowałem się z moją mamą, która obiecała mi, że w wypadku następnej "wizyty" da mi o tym "cynk" wywieszając firankę w oknie ze spiżarki. Gdy wracałem wieczorem do domu, taka firanka tam powiewała. Moją "maturalną wigilię" spędziłem w piwnicy... Siwy i Amant (podobnie jak większość innych) opuścili areszt następnego dnia po południu.

W rozmowie o tych wydarzeniach z wiceprezesem Polonii Karolem Heczko wspomniałem po raz pierwszy o możliwości rozwiązania (jako ich bezpośredni rezultat) Klubu Kibiców. Postanowiliśmy sprawy kibicowskie oficjalnie poruszyć na cotygodniowym, wtorkowym zebraniu Zarządu Polonii. Jako warunek wstępny postawiłem (oprócz "wprowadzenia" tego do porządku obrad) udział w zebraniu całego naszego, Klubu Kibiców, zarządu. Po tym jak już moje wystąpienie (zagajenie i przedstawienie sytuacji) spotkało się z gwałtowną i bardzo arogancką reakcją przedstawicieli Milicji (ale także innych miejskich "prominentów") jasne się dla nas stało, iż dalsza współpraca w tych warunkach i ramach jest raczej niemożliwa. Większość z nas (w tym Amant i ja) na salę "obrad" już po przerwie nie powróciła...

Niejako kontynuacją i konsekwencją powyższych zdarzeń było zwołane naprędce Walne Zgromadzenie członków naszego Klubu Kibiców. Jako pierwszy punkt porządku dyskusji (po sprawozdaniu) zgłosiłem wniosek o rozwiązanie sekcji kibiców KS Polonia. Wniosek ten nie przeszedł w głosowaniu. W tej sytuacji postanowiłem natychmiast zrezygnować z funkcji prezesa. Początkowo chęć rezygnacji złożył również Amant, ale później w czasie dyskusji... dał się przekonać (choć na kandydowanie na funkcję nowego prezesa nie wyraził zgody). Zgromadzenie wybrało nowy zarząd z (rekomendowanym przeze mnie) Wackiem Tomaszkiem jako prezesem (jego kontrkandydatem zgłoszonym z sali był "Siwy", Jurek Poznański) oraz Januszem Grześko ("Amant") i właśnie "Siwym" jako wiceprezesami. Wiem, że w zarządzie znalazł się też ponownie Staszek Chytra. Jeśli o mnie chodzi to oczywiście nie zmieniłem swojego emocjonalnego stosunku do Polonii oraz jej kibicowskiej organizacji. Jedynie moje "służbowe" kontakty z Polonią, zaangażowanie w "oficjalną" działalność klubu oraz także, wynikające poniekąd z tego, więzi osobiste z jego członkami uległy wyraźnemu rozluźnieniu. Wiązało się to też z rozpoczęciem nauki na Politechnice Śląskiej, męczącymi, codziennymi dojazdami i moim zaangażowaniem w tzw. działalność społeczną na niwie studenckiej.

Trudno jest mi jednoznacznie i obiektywnie (nawet z perspektywy czasu) ocenić czy decyzja o kontynuacji działalności Klubu Kibiców była słuszna. Często działania nerwowe i decyzje podjęte pod wpływem chwili i emocji okazują się nietrafione, więc być może rozwiązanie organizacji mogło się okazać niewskazane. Z drugiej strony, historia pokazała, że powstałe właśnie wtedy w wielu ośrodkach podobne formy zrzeszające kibiców były jedynie dość "chwilową", nie bardzo skuteczną w nowych warunkach (choć mającą swoje dokonania i zasługi dla rozwoju ruchu kibicowskiego w Polsce) "efemeryda" i dopiero okres zmian demokratycznych w kraju zaowocował powstaniem niezależnych i samorządnych organizacji kibiców w formach zbliżonych do naszych planów i ambicji.



autor: BOGDAN