/p>

Wspomnienia z historii: "Łabędzi śpiew (Polonii i... mój!)"
Wpisany przez BOGDAN   
środa, 16 marca 2011 23:51

Politycznie "gorące" lata przełomu lat 70. i 80. poprzedniego stulecia nie były sprzyjające dla rozwoju "amatorskiego" (opartego na "zleconym" patronacie zakładów pracy) sportu w Polsce. Jedynie najmocniejsze, oparte na solidnych finansowych podstawach (np. sponsorowane przez pion wojskowy, milicyjny lub centralny resort przemysłu (nie pojedynczy zakład), bądź bardziej "reformowalne", potrafiły się oprzeć bądź przystosować do nowych realiów. W tych warunkach olbrzymie kłopoty nie ominęły oczywiście, nigdy nierozpieszczanej przez "możnych tego świata" Polonii Bytom.



O tych trudnych latach, wskazując również na niektóre, mniej "widoczne" przyczyny kryzysu Polonii pięknie i mądrze pisał przed laty długoletni przyjaciel naszego klubu redaktor Krzysztof Nemo:



Po likwidacji niektórych sekcji (bądź, jak w przypadku koszykówki, przeniesieniu ich do innych klubów), zaprzestaniu finansowania bądź ograniczeń działalności młodszych grup wiekowych oraz innych kryzysowych, "dekadenckich" posunięciach przyszedł również czas na poważny kryzys sportowy oraz (nazwijmy to tak) "moralny". Wraz z tymi ostatnimi (w połączeniu s sytuacją "ogólną") drastycznie malało w mieście (generalnie również w całym kraju) zainteresowanie sportem w ogóle, a piłkarską Polonią w szczególności. Mecze w Bytomiu z udziałem paruset-osobowej publiki nie należały do rzadkości.

Dość powszechna jest przy tym opinia, iż ruch kibicowski przetrwał (i w pewnym sensie nawet się rozwijał) w Bytomiu, dzięki sukcesom hokeistów (sześciokrotne mistrzostwo Polski, również umiarkowane sukcesy międzynarodowe) oraz, do pewnego stopnia, koszykarzy Polonii (po przemianach ustrojowych w kraju grających pod szyldem Stali Bobrek). Z piłkarską Polonią "na dobre i na złe", pozostała tylko kilkusetosobowa grupa najwierniejszych sympatyków. Wyraźnie też następowała pokoleniowa zmiana warty. Widać to na poniższej, wyjazdowej fotografii, gdzie nie potrafię już rozpoznać nikogo z siedzących (choć wiem, że w przyszłości to oni właśnie stanowili "czołówkę" i to oni właśnie byli głównymi animatorami i organizatorami późniejszego ruchu kibicowskiego w Bytomiu. Jedynie "dla porządku" dodam, że rozpoznaje tych dwóch "czuwających nad całością" z góry. Nie, nie mam na myśli funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, lecz kilku "legendarnych" (choć jakże różnych czasów) naszych kibiców: Norberta Karpacza, obok którego stoja bodajże Zdzichu Koniecpolski oraz Mirek Gorczak ("Czarny"). W drugim rzedzie (od góry) siedzi Maciek ("Aniol") Zeiske. Zdjecie to pochodzi z wyjazdowego meczu z ŁKS-em w Łodzi w roku 1986.



Trochę trudno (nawet mnie samemu) po latach uwierzyć, jak wielu fanatyków Polonii z lat wcześniejszych odsunęło się od klubu i drużyny w trudnych czasach, gdy (z pominięciem krótkiego ekstraklasowego epizodu w sezonie 1986/87) grała w niższych klasach rozgrywkowych, a w pewnym okresie realnie groził jej spadek z... trzeciej ligi oraz nawet kompletna likwidacja. Napisałem: "nawet mnie samemu", bo i ja przecież także nie jestem bez "winy". Choć na meczach w Bytomiu zawsze starałem się bywać, to po 1980 roku, jak wielu innych, prawie całkowicie pochłonięty byłem zaangażowaniem w działalność społeczną innego typu.



Aktywność ta, nie tylko absorbowała mój entuzjazm i pochłaniała cały dostępny (a może i więcej) czas w "epoce Solidarności", ale później, w stanie wojennym, dość skutecznie zablokowała fizycznie możliwość bywania na meczach Polonii.





W 1983 roku wyemigrowałem do USA i mój kontakt z krajem (w tym zainteresowanie Polonią) był bardzo "powierzchowny". Ponownie do Polski przyjechałem dopiero w 1992 roku, niestety w grudniu, a więc "po sezonie". Dane mi było jednak zobaczyć "na żywo" poczynania zespołu na boisku w latach późniejszych. Doskonale pamiętam wygrany przez Polonię (3:1) ostatni mecz drugoligowego sezonu z właśnie świętującym awans do ekstraklasy Groclinem czy też późniejsze, zakończone awansem, zmagania Polonii w trzeciej lidze. Dane mi było również "zaliczyć" drugoligowy, zorganizowany (pociąg specjalny) wyjazd z kibicami Polonii do Wrocławia (0:2), czy też być świadkiem wyjazdowych triumfów (3:0) w przyjaznym Opolu oraz bardzo (nazwijmy to kurtuazyjnie) nieco prowincjonalnym... Czermnie (Heko). Miałem również szczęście (oczywiście szczęściu trzeba pomagać, więc przyjazd do kraju tak zaplanowałem) wspólnie z mieszkańcami Bytomia świętować ponowny awans do ekstraklasy w 2007 roku. Od lat corocznie staram się bywać, choć na kilku meczach Polonii. Poznałem wielu młodych przyjaciół "po szalu", spotkałem nowych działaczy i pracowników klubu, miłe chwile spędziłem też w towarzystwie byłych piłkarzy Polonii. Szczególnie miło zapamiętałem gościnność Waltera Winklera, z którym wieczorna "biesiada"... przeciągnęła się prawie do rana. Jednakże zawsze największą frajdę sprawiają mi spotkania ze starymi (niestety również w dosłownym tego słowa znaczeniu!) stadionowymi przyjaciółmi i znajomymi. Niektórzy z nich przetrwali z Polonią od czasów, gdy wspólnie organizowaliśmy nasz Klub Kibiców (a niektórzy nawet od czasów wcześniejszych!). Niestety, wielu na stadionie Polonii nie spotkam już nigdy...





Podczas mojego pobytu w Bytomiu w maju 2010 miałem przyjemność i zaszczyt uczestniczyć w uroczystej Gali z okazji 90-lecia istnienia Polonii. Jakież było moje zaskoczenie i zdumienie, kiedy zostałem przez prowadzącego konferansjerkę red. Szpakowskiego "wywołany do tablicy" (czyli na scenę), gdzie Prezes klubu, Damian Bartyla wręczył mi (wraz z pamiątkowym, okolicznościowym medalem) List Gratulacyjny jako "wyraz uznania i szacunku za wkład w dotychczasową działalność na rzecz rozwoju Klubu".





Dość często spotykam się z pytaniami (zwłaszcza młodszych kibiców) o specyfikę atmosfery stadionowej "tamtych czasów". Rozmówców moich często interesuje też jej porównanie do czasów obecnych. Odpowiedź nie jest wcale łatwa ani jednoznaczna. Niełatwo jest mi również zachować obiektywizm. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że uważam iż "nasze czasy" miały swój niepowtarzalny urok i specyfikę. Przede wszystkim ten cały ruch kibicowski w Polsce dopiero się zaczynał i zdawaliśmy sobie sprawę, iż to właśnie my jesteśmy tego ruchu prekursorami, my go "napędzamy" i ciągniemy do przodu (żeby nie powiedzieć górnolotnie... "do Europy"). Mieliśmy z tego powodu nie tylko olbrzymią frajdę, ale i wielką satysfakcję. Warunki "zewnętrzne", wtedy również były bardziej "sprzyjające" niż obecnie. Przede wszystkim nie czuliśmy takiej "opieki" różnych "czynników" (w tym milicji), funkcje porządkowe na stadionie sprawowali... porządkowi, czyli (przeważnie) emeryci z opaskami na rękawach. Nikt nie słyszał o jakiś firmach ochroniarskich, "obmacywaniu" i kontrolowaniu przy wejściu na stadion, identyfikatorach, zakazach stadionowych, "klatkach" dla kibiców gości, itp. Jeszcze wtedy nie obrażano nas w mediach i nie nazywano nas "kibolami" (choć już niedługo miało się to zmienić!).

Oczywiście w porównaniu z czasami późniejszymi czy też obecnymi, natrafialiśmy na szereg "niedogodności i barier" trudnych (a często niemożliwych) do "przeskoczenia". Największa różnica polegała na (nie)dostępności do wszelkiego rodzaju materiałów i usług. Czy można sobie teraz wyobrazić, by kibic nie tylko nie był w stanie kupić sobie szalika klubowego (czy jakichkolwiek gadżetów), ale również miał kłopoty w "zdobyciu" płótna, wełny, farb czy wszystkiego innego potrzebnego do ich "produkcji" domowym sposobem? Stworzenie jakiejkolwiek "oprawy" było wiec bardzo utrudnione. Wynajęcie pojazdu na mecz wyjazdowy graniczyło z cudem (osoba "prywatna" takiej możliwości w ogóle nie miała). Kontakt pomiędzy kibicami "na mieście" był bardzo utrudniony, ze względu na brak telefonów (o "komórkach" oczywiście jeszcze nikomu się nie śniło!). Nikomu do głowy nie przyszło, że na mecz wyjazdowy można jechać specjalnym pociągiem. Stadiony były dość "prymitywne" i przeważnie niewyposażone w podstawowe dzisiaj sprzęty, urządzenia i "przybytki" (ławki, zadaszenie, toalety, itd). Milicyjne "niezaangażowanie" w sprawy kibicowskie (zwłaszcza poza terenem stadionu) miało oczywiście i swój "drugi koniec", gdyż ryzyko "fizycznego uszczerbku na zdrowiu" na wyjazdach stawało się automatycznie stosunkowo wyższe niż obecnie, kiedy kibicowi, który nawet, gdy ma ochotę trochę się "rozładować", robi się zawsze "pod górkę".

Tak wiec jak każdy kij ma dwa końce tak i "pokolenia kibicowskie" zawsze napotykały na różne przeszkody i "wyzwania". Ogólnie można chyba powiedzieć, że tak jak nasza, ta z lat 70., tak i każda następna "generacja kibicowska" (mówię tu ogólnie o dziesięcioleciach) miała, jak to się teraz mówi, "swoje, specyficzne klimaty" i bardzo trudno byłoby ocenić w jakim czasie najlepiej było być częścią tego ruchu. Wiele zależy od nastawienia, okoliczności i oczekiwań. Powiedziałbym, że "nasze czasy" były dość uciążliwe, ale fascynujące i ciekawe, nieco późniejsze bardziej nastawione na "rywalizację" (nie tylko boiskową!), później nastąpiła era gadżetów i pirotechniki i "wielkich zadym", które doprowadziły do gwałtowniejszych reakcji "władzy", nowych obostrzeń, przepisów i regulaminów (a także zmian prawnych). Zaczął się etap "ustawek" poza stadionami, podział na "ekipę sportową", ultrasów, Stowarzyszeń Kibiców oraz... pikników czy zgredów. I taki mniej więcej obraz trybun stadionowych jawi mi się gdy, od czasu do czasu, odwiedzam nasz stadion przy Olimpijskiej lub inne obiekty sportowe w Polsce.

Obiektywnie patrząc, największe różnice i zmiany (w tym i perspektywiczne) widzę w sferze "organizacyjnej" życia sportowego (w tym kibicowskiego) w Polsce. Dotyczy to zarówno wyposażenia obiektów sportowych, organizacji samych imprez, jak i chyba przede wszystkim, niesamowitej kontroli i chęci zdominowania oraz zdeterminowania i swoistego "sterowania zachowań" ze strony wszystkich (oprócz kibiców!) zainteresowanych czynników zaczynając od klubów, a na władzach państwowych kończąc. Manifestuję się to na stadionach poprzez poniżające i uwłaszczające godności człowieka działania różnych służb polegające polegającej na przykład na bezczelnym "obmacywaniu" wchodzącego na imprezę kibica, sprawdzaniu zawartości osobistych rzeczy w torebkach, odbieraniu "do depozytu" rzeczy osobistych (aparaty fotograficzne, parasole, lekarstwa!), obowiązkowemu "pozowaniu" do zdjęć, różnego rodzaju "identyfikatorach", zakazach stadionowych oraz tzw. monitoringu. Poza stadionem środowiska kibicowskie są pod nieustanną i natarczywą "opieką" służb (głównie Policji), które nie tylko z zapałem i upodobaniem inwigiluje środowisko, ale zbyt często poprzez swą natrętną wszechobecność i "widoczność" oraz częste prowokacyjne zachowania powodują skutek odwrotny od zamierzonego(?) w dodatku zniechęcając większość ludzi do udziału w widowiskach sportowych. Wydaje mi się, że sytuacja ta dość wyraźnie grawituje w stronę tej, jaką zaobserwowałem w niektórych krajach Europy Zachodniej (zwłaszcza w Anglii, ale również i w Niemczech) oraz (przede wszystkim) w USA, gdzie konsekwentnie dąży się do wyeliminowania i "odesłania w niebyt i niepamięć" wszelkich objawów "tradycyjnego" kibicowania i ruchów społecznych z nim związanych. Punktem docelowym takich działań będzie masowa impreza, przeznaczona i skierowana nie tyle do publiczności "z biletami", ile ukierunkowana na odbiorców przekazów telewizyjnych (zgromadzonych poza stadionem np. w pubach i różnego typu "sport-barach"). Karta wejścia na stadion (halę) stanie się (również poprzez zaporowe ceny) przywilejem różnego rodzaju oligarchii i podmiotem biznesu (podobnie jak dzisiaj golf). Taka sytuacja z punktu widzenia różnego typu "sportowych" decydentów będzie optymalna i to również z finansowego (zyski!) punktu widzenia. Bo, jak zwykle, jeśli nie wiadomo o co chodzi to z pewnością chodzi o pieniądze...

Z mojej prywatnej, bardziej kibicowskiej perspektywy jawi mi się wyraźnie inna podstawowa różnica pomiędzy ruchem kibicowskim "moich" czasów, a tym obecnym. Otóż my, mimo oczywistych utrudnień w kontaktach i komunikacji, zawsze stanowiliśmy jednolity monolit, oparty również na osobistych znajomościach i przyjaźniach. Wszyscy (choć oczywiście z różnym zaangażowaniem) byliśmy jednocześnie i "młynem" i "ultrasami", przy wszelkiego typu rozróbach i zadymach nie było podziału na "januszów" i "hools", wszyscy po imieniu znali działaczy związanych z Klubem Kibica (którzy zawsze siedzieli w samym środku sektora). Mówiąc dość górnolotnie (ale niewiele mijając się z prawdą) stanowiliśmy jedną, polonijną rodzinę, dużo bardziej niż daje się to zaobserwować w czasach obecnych. Jestem pełen uznania dla całej rzeszy (głównie) młodych kibiców w Polsce i ich olbrzymiego zaangażowania w ruch kibicowski w obecnych czasach i w tych obiektywnych, nie bardzo im sprzyjających warunkach. Jednakże właśnie głównie z uwagi na te "warunki", gdybym miał możliwość wyboru pomiędzy udziałem w życiu kibicowskim teraźniejszym, a tym z "moich lat", jestem raczej pewien, że nie zawahałbym się ze wskazaniem na ten "nasz" z lat 70. ubiegłego stulecia...

K O N I E C






autor: BOGDAN