/p>

Wspomnienia z historii: "Moje początki z Polonią"
Wpisany przez BOGDAN   
piątek, 02 kwietnia 2010 22:10

Mieszkałem w Bytomiu na "Grossfeldzie", przy ulicy Wieczorka, która obecnie nosi imię Piotra Woźniaka. Tę część Grossfeldu nazywano "Kufka". Do stadionu Polonii daleko więc nie miałem. Pamiętam, że zanim jeszcze zacząłem chodzić na mecze, wsłuchiwałem się razem z "podwórkową starszyzną" w odgłosy dochodzące ze stadionu podczas meczów Polonii Bytom. Przeważnie na podstawie tych odgłosów potrafiliśmy dokładnie powiedzieć, ile Polonia strzeliła bramek. Na mecze chodziło wtedy mnóstwo ludzi. Wiedziałem już wtedy, że jeśli pod moimi oknami robi się na chodniku tłoczno to gra Polonia.



Kiedyś (było to latem w 1963) po prostu "zabrałem się z tłumem" i tak dotarłem pod stadion. Z wejściem wtedy kłopotów nie było. "Bajtle" stały rzędem przy barierce i wygłaszały sakramentalne: "prose Pana, niech mnie Pan weźmie!", po czym starszy kibic z biletem (przeważnie) takiego delikwenta na chwile "usynowiał" wprowadzając go na stadion.


Wiele wspomnień z dzieciństwa już się w mojej pamięci zatarło, ale ten dzień pamiętam doskonale. Wiem, jaka była pogoda (bardzo słonecznie, stąd może też i pełny stadion), wiem jakie (krótkie!) spodnie miałem na sobie, pamiętam gdzie stałem na stadionie oraz że Polonia grała w czerwono-białych strojach. No i że wygrała wtedy z Gwardią Warszawa aż 5:1. Pamiętam też, że w ataku brylował lekko łysawy napastnik z numerem 10 (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to nasz "bytomski Pele" - Jasiu Liberda).

Wielkie wrażenie wywarła na mnie kryta trybuna i tunel, z którego wychodzili zawodnicy. Ale najbardziej chłonąłem tą specyficzną atmosferę stadionu, trochę sie dziwiąc, czemu ci niemłodzi i dość statecznie wyglądający mężczyźni zachowują się "trochę inaczej", nie tak "jak wypada". Chyba już wtedy czułem, że to miejsce będzie dla mnie miejscem szczególnym w życiu. Z innych faktów zapamiętałem też dość solidna burę, jaką dostałem od rodziców, którzy nie mieli pojęcia gdzie jestem.

Często tak bywa, że sympatie i zamiłowania kibicowskie przechodzą z pokolenia na pokolenie. Ja moich nie "wyssałem z mlekiem matki", ani nie odziedziczyłem po ojcu, który sportem się kompletnie nie interesował Przy wielu okazjach powtarzał jednak ze ... budował stadion Polonii! Prawda była taka, iż jako kierownik szkoły (nieistniejąca od lat Szkoła Podstawowa nr 10 w Dąbrowie Miejskiej) zobligowany był do przyprowadzania młodzieży na stadion w celu "zaliczenia" tzw. "czynu społecznego" Trochę się wiec tam pokręcili, parę kamieni przenieśli i na długie lata zostali "budowniczymi stadionu".

Stadion Polonii był wtedy w ciągnącej się całymi latami budowie. Polegało to na tym, że co jakiś czas dostawiano więcej tych betonowych bloków na miejsca tzw. "stojące" oraz przykręcano parę desek do ławek na miejsca "siedzące" pod trybuna główną. Przez wiele lat budowano też bramę wjazdową (pod zegarem). Oczywiście, jeśli frekwencja na meczu była odpowiednio duża ludzie stali i siedzieli na całym stadionie (także w tych "remontowanych" sektorach). Nikomu to specjalnie nie przeszkadzało i jakoś nie stanowiło to zagrożenia dla bezpieczeństwa. Policji (MO) prawie się nie widziało, role "porządkowych" pełnili dorabiający sobie w ten sposób (50 zł za mecz) emeryci (przeważnie znajomi "Pana Emka z klubu") z opaskami (nie wiadomo, czemu biało-czerwonymi!) na rękawach. Oczywiście nikt nie słyszał wtedy o "klatkach" dla kibiców przyjezdnych. Na stadionie Polonii słychać było wtedy głównie śpiewny akcent kresowiaków. Także doping miał taki "koloryt". Było to przeciągane (niemal jak do śpiewu) skandowanie "Polooonia”, przy czym to pierwsze "o" brzmiało trochę jak “u”. Odnosiłem wrażenie, że dla tych ludzi mecz Polonii był swego rodzaju wydarzeniem patriotyczno-towarzyskim. Często nawet niekoniecznie ich interesował sam mecz. Był to po prostu sposób na spędzenie czasu w swoim gronie i trochę "dla sprawy". Byli bardzo dumni z Polonii i jej sukcesów. Nieodłącznie towarzyszyła im zawsze oparta o murek flaszeczka. W związku z tym, charakterystycznym obrazkiem ze stadionu byli tez chłopcy z siatkami zbierający puste butelki (w wielu punktach miasta istniały wtedy skupy butelek - 1 zł za butelkę).

Zorganizowany doping oczywiście nie istniał. Stadion ciągle "szumiał" zagłuszany monotonnym odgłosem różnych trąbek. Ludzie zachowywali się dość spontanicznie. Po bramkach na przykład wszyscy rzucali w górę czapkami (takie z daszkiem się wtedy obowiązkowo(?) nosiło) i wymachiwali kapeluszami! Nad tym wszystkim (jak pamiętam z tamtego meczu z Gwardia) powiewały niewielkie niebiesko-czerwone chorągiewki. Lwowiacy (i nie tylko oni) lubili się pośmiać, więc co chwilę słychać było jakieś okrzyki i komentarze (niekoniecznie śmieszne). Głównie dostawało się oczywiście sędziom (choć "sędzia chuj" się nie słyszało, było już wtedy natomiast głośne "sędzia kalosz"!). No i nie daj Boże, aby któryś z zawodników drużyny przeciwnej był np. łysy lub rudy!

Zorganizowanych grup kibiców przyjezdnych prawie nigdy nie było. W tamtych czasach wyjazdy organizowały jedynie (i to tylko dla swoich pracowników) dysponujące autokarami, przyzakładowe organizacje Związków Zawodowych. Najbardziej "komunikacyjni" byli fani Polonii, a to, dlatego iż w poprzednich latach Polonia z powodu braku stadionu zmuszona była rozgrywać wszystkie swoje mecze na wyjeździe (notabene zdobyła ona wtedy tytuł Mistrza Polski!). Pamiętam te przewozy pracownicze (tak się, to wtedy nazywało) wyjeżdżające z Bytomia. Najczęściej były to ciężarówki Star-25 z plandeką i wstawionymi w środku deskami do siedzenia. Czasami takie przewozy docierały też z innych miast do Bytomia. Dla niektórych (zwłaszcza tych z Sosnowca) było to podobno dość ryzykowne. Historie o przewracanych i spalonych ciężarówkach znam jednak jedynie z opowiadań starszych lwowskich batiarów, którzy jak wiadomo mieli zawsze tendencje do lekkiej(?) przesady. Niewykluczone jednak, że było tak naprawdę.

Niedawno jeden, starszy ode mnie (tacy jeszcze istnieją!) kibic Polonii opowiedział mi trochę o wyprawach kibiców poza Bytom. Wyjazdy z całą pewnością do najbezpieczniejszych nie należały. Znajomy ów przestał np. jeździć do Sosnowca po tym, jak jego koledze obcięto tam … ucho! Niejednokrotnie też dane było naszym przeżyć "obowiązkową kąpiel" w stawie obok Stadionu Ludowego. Oczywiście nasi nie pozostawali dłużni (w końcu i przy Olimpijskiej mamy mały zbiornik wodny!). Do Sosnowca (podobnie jak i do innych miast na Śląsku) jeżdżono tramwajami (często z wybitymi szybami). Zdarzało się nawet rozkręcanie szyn. Z naszymi kibicami wszędzie musiano się liczyć, bo, choć na meczach wyjazdowych, aż tak tłumnie nie bywali to byli najlepiej zorganizowani, zdyscyplinowani i bardzo często "z przeszłością". Choć do głosu powoli dochodziło pokolenie "Karpaczy", to w tych czasach jeszcze nie oni nadawali ton na szlaku kibicowskim. Byli bardziej radykalni od nich, jak na przykład "Bladys", obecnie stateczny emeryt gdzieś w Zagłębiu Rury.

Głównym ekwipunkiem kibiców były niebiesko-czerwone flagi, tzw. "fany", szyte przeważnie przez babcie kibiców (ja również pamiętam, że każda babcia potrafiła wtedy szyć, a w większości domów w kącie stała maszyna do szycia Singera). Zdobywanie i palenie flag przeciwnika było zawsze celem i powodem do dumy, pamiętam to i ja (z nieco późniejszych czasów). Przeważnie ktoś "zamaskowany" wśród kibiców drużyny przeciwnej nagle wyrywał sąsiadowi flagę i uciekał z nią (czasami przez środek boiska) do swoich, gdzie była "uroczyście" palona. Takim sposobem stracił swoja pierwszą "fanę" (oczywiście uszytą przez jego babcie) mój starszy znajomy. A było to podczas pamiętnego meczu na Stadionie Śląskim z Górnikiem, wygranym przez Polonię aż 4:1. W czasie tego meczu spłonęło jednakże dużo więcej flag Górnika. Ja tego meczu jeszcze nie widziałem, ale pamiętam te „klimaty” nie najgorzej, bo niewiele zmieniły się one w latach następnych. Obserwowałem i chłonąłem to wszystko z zapartym tchem z podziwem patrząc na tych starszych przywódców, starając się zawsze być jak najbliżej tego „centrum” (co łatwe nie było bo w tamtych czasach starszyzna raczej tych młodszych do siebie nie dopuszczała).

Nie muszę chyba przekonywać nikogo, że w następnym sezonie zostałem już "stałym bywalcem" na Olimpijskiej. Przeważnie chodziłem na mecze z moim "kumplem z piaskownicy" Markiem Hatko, ale często też i sam. Nadal podpatrywałem "kibicowską starszyznę", z szacunkiem i podziwem obserwując tych, którzy „maja posłuch”. Szczególnie „przypadł” mi do serca” jeden kudłaty blondyn, który zawsze miał w ręku flagę oraz zawsze miał „wiele do powiedzenia”. Później dowiedziałem się, ze blondyn ten nazywa się Leon Karpacz.

Sezon 1964/65 był na Olimpijskiej niezwykle ciekawy. Już poprzedniego roku Polonia dotarła do finału Pucharu Rappana (w którym uległa w Bratysławie miejscowemu Slovnaftovi 0:1). Słuchałem tego meczu w radio (podobnie jak i półfinałowego z Odrą Opole). Polonia grała piękna dla oka techniczna piłkę, drużyna była zgrana, nabrała doświadczenia, miała w swoich szeregach wielu reprezentantów Polski. Wyczuwało się, że nadchodzi czas tej Wielkiej Polonii. Powszechnie było wiadomo, że Polonia, jeśli się jej "chce grać", nie ma sobie równych w Polsce. Problem w tym, że nie zawsze naszym zawodnikom się "chciało". Przegrywali, więc czasami "głupie mecze" ze słabeuszami ligowymi. Różnie się o tych porażkach mówiło. Cóż, już wtedy o sponsora w klubie nie było łatwo, a żyć jakoś trzeba było. Za to, jeśli już im "się chciało” (lub, jeśli np. Jasiu Liberda założył się o kasę z bytomskimi taksówkarzami!) to wygrywali jak chcieli. Ten sezon to między innymi 7:0 z Odrą Opole, 8:0 z Ruchem Chorzów i 9:2 z Unią Racibórz.

Pamiętam też mecz z ŁKS Łódź, kiedy to po męczącym zgrupowaniu i meczu reprezentacji Polski, (w której oczywiście roiło sie od naszych) trener Matyas chciał dać odpocząć kadrowiczom i posadził ich na ławce. Po 20 minutach było już 0:2! Gra się kompletnie nie kleiła, a zastępujący w bramce Szymkowiaka debiutant o niepasującym kompletnie do niego nazwisku Szczęsny, przepuścił dwa niesamowite "babole" (raz "pod brzuchem, a drugi raz piąstkując piłkę "do ziemi" tyle, że za linia bramkową!). Wtedy kibice zaczęli skandować "Szymek, Szymek!", a później (gdy już Szymkowiak stał między słupkami) "Banaś! Banaś!" oraz "Grzegorz!" (Grzegorczyk). Po ich wejściu wynik brzmiał już bodajże 4:2 (do przerwy).

Nasze "gwiazdy" bardzo często można było spotkać biegających po alejkach miejskiego parku, ale także (często w niedzielne popołudnie) grających w parku na żwirowym boisku polonijnego "Torkaciku"! Tajemnicą poliszynela było, że grali między sobą o pieniądze (były też przyjmowane zakłady!), więc mecze były bardzo zacięte i nikt nogi nie odstawiał. Była to wielka atrakcja dla "przyklejonych" gęsto do ogradzającej boisko wysokiej siatki kibiców. I z tymi meczami (oraz lodowiskiem) już na zawsze będzie mi się przyjemnie kojarzył nasz "Torkacik".

Rok 1965 to oczywiście nie tylko wysokie zwycięstwa w lidze, ale przede wszystkim okres największych triumfów Polonii na arenie międzynarodowej. Ale o tym w następnym odcinku.



autor: BOGDAN