/p>

Wspomnienia z historii: "Oni tworzyli historię"
Wpisany przez BOGDAN   
środa, 14 kwietnia 2010 22:00

Historia jest na tyle wielka i ważna, na ile są tacy tworzący ją ludzie. Również historia ruchu kibicowskiego Polonii Bytom nie powstała samoistnie. Stworzyli ją ludzie młodzi, pełni zapału i marzeń, ludzie "z krwi i kości" ze swoimi ideami i nowymi pomysłami, ze swoją "dobrą energią", ale również niepozbawieni wad i przywar. Sylwetki niektórych z nich w miarę prawdziwie (jak ja to pamiętam) chciałbym przybliżyć Wam w niniejszym odcinku moich wspomnień. Niekoniecznie będzie tutaj mowa o klubie i kibicowaniu. Ich (nasze) życie to była nie tylko ta "wielka sprawa". Chciałbym, aby ich obraz nie był dla czytelnika "jednowymiarowy" (jedynie z Polonią powiązany), gdy ich imiona przewijać się będą w kolejnych polonijnych odcinkach. Czuję, że im wszystkim, zwłaszcza tym których już nie ma między nami, jestem taką relację winien.



Janusz Grześko (Amant)


Z Januszem chodziłem do podstawówki. Przez większość tych ośmiu lat siedzieliśmy w jednej ławce. Oboje byliśmy tzw "dobrymi uczniami", ale Janusz przejawiał uzdolnienia bardziej w kierunkach humanistycznych, a jego sprawdziany z matematyki zawsze wypadały dużo lepiej, gdy ... siedział w ławce ze mną! Po latach to ściąganie chyba trochę sie na nim zemściło, bo oblał maturę z matmy. Czasem z różnych względów (przeważnie "wychowawczych" – nieposłuszeństwo, drobne "szczeniackie" żarty, wspólne, często związane z meczami Polonii na wyjeździe w środku tygodnia) wychowawczyni nas "dyscyplinarnie rozsadzała". Kiedyś poprzez takie rozsadzenie oboje wylądowaliśmy w ławkach z ... dziewczynami (wielka kara i wstyd!). I właśnie dzięki temu, mogę dzisiaj powiedzieć, że siedziałem w ławce z najlepszą w historii Polonii koszykarką, złotą medalistką Mistrzostw Europy (i najlepsza zawodniczka tej imprezy!) Ludmiłą Burdzy. Do naszej klasy chodziło zresztą wiele dziewczyn, które później stanowiły o sile drużyny koszykarskiej Polonii miedzy innymi: Danka Zyśko, Ewa Majcher, Danuta Żukowska, Halina Dubarek. Dość powiedzieć, że nauczycielem Wychowania Fizycznego w szkole był niezapomniany trener koszykówki żeńskiej w Polonii Leszek Kruszyński.

Janusz (podobnie jak ja) przez większość dzieciństwa wychowywał się bez ojca. W jego domu rodzinnym i jego życiu bardzo ważną postacią był jego dziadek. Był on bardzo zadeklarowanym antykomunistą, bodajże z przeszłością konspiracyjną. Corocznie płacił mandat za wywieszanie flagi państwowej na 3-go maja (było to prawnie zabronione!). Paradoksalnie, o ile dobrze sobie przypominam jego brat zajmował dość eksponowane stanowisko w komendzie wojewódzkiej komunistycznej Milicji (lub jej tzw "ochotniczej rezerwy" – ORMO). Głównie to dziadek zajmował się Janusza sprawami związanymi ze szkołą. Często nawet odrabiał za niego zadania! Codziennie też pakował mu śniadanie do szkoły (prawie zawsze takie samo: dwie świeże bułki posypane makiem z kiełbasą myśliwską), którym najczęściej objadali się ze smakiem Janusza koledzy (w tym i ja), bo on sam raczej należał do "niejadków". Dziadek ów często po naszych lekcjach przychodził pod szkolę (na Roosevelta – Al Legionów) I przynosił nam piłkę (pamiętam z początku była to taka skórzana ze szwem-wiązaniem "na wierzchu", byśmy mogli po szkole trochę pokopać. Wszyscy go lubiliśmy jednocześnie traktując go z wielkim respektem. Wiem jak wiele znaczył dla Janusza, jednakże w dniu śmierci dziadka, Janusz meczu Polonii, która w tym dniu przegrała na wyjeździe z Szombierkami 0:1 (sezon 1975/76) nie opuścił.

Janusz często i dość długo na mecze Polonii chodził z ... mamą! Jego mama, Teresa zawsze starała się utrzymywać dość "luźne i koleżeńskie" stosunki z Janusza kolegami, starała się być "równą babką". Pozwalała mu na bardzo wiele (z perspektywy i upływu lat), może się chyba wydawać, iż często na "zbyt wiele". Z innych rodzinnych ciekawostek, trzeba tu chyba nadmienić, że w latach 50. w Polonii grał wujek Janusza (też Grześko), pamiątkowe tablo z jego zdjęciem wisiało kiedyś w klubie przy Kolejowej.


Chyba od siódmej klasy do Janusza przylgnęła ksywka "Amant". Muszę wyjaśnić tutaj nieporozumienia związane z tą ksywą. Nie pochodziła ona mianowicie od jego "wybujałych" stosunków z płcią przeciwną. W tym dziale był on akurat nieco "do tylu". Choć uważany za przystojnego (wiem, że dziewczynom się podobał), zawsze schludny, elokwentny, (przeważnie) grzeczny i nawet (czasami) nieco szarmancki jakoś latami nie przejawiał wielkiego zainteresowania tym aspektem młodzieńczego żywota (jak zresztą wielu z nas).

Skąd więc wzięła się ksywka "Amant"? Otóż w czasie przerw szkolnych namiętnie graliśmy wtedy na parapetach okiennych w "cymbergaja". Moneta każdego z nas miała swoje "imię" związane z nazwiskiem wybitnych w owych czasach piłkarzy. Jednym z nich był grający w królewskim Realu, zawodnik hiszpański o wdzięcznym imieniu Amancio. Gdy po lekcjach, jak zwykle kopaliśmy na boisku szkolnym piłkę, Janusz zwykł "komentować" swoje akcje w stylu "Amancio dochodzi do piłki", "Amancio strzela", itp. Wtedy właśnie ktoś pierwszy raz nazwał Janusza Amancio, który to pseudonim po pewnym czasie przekształcił się w skrócona formę "Amant". Dla historycznej ścisłości muszę jednak dodać, że "Amancio" to była "moja" moneta! Janusz grał używając monety "Eusebio" ("czarna pantera" z Benfiki Lizbona).

"Cymbergaj" później przekształcił się u nas w hobby i graliśmy dość często i regularnie prowadząc nawet tabele naszej "ligi". Amant przeważnie wygrywał tą naszą rywalizację. Zazwyczaj graliśmy u niego na Kopernika, on pierwszy (przy pomocy dziadka) zbudował na swoim biurku specjalne do tego celu "boisko" z przymocowanymi "bandami", które miały nawet po rogach zaokrąglenia z ... soczewek, z posklejanymi z klocków lego bramkami, w których powiewały siatki z ... nylonowych firanek. "Boisko" to miało nawet "trybunę z kibicami", których udawały kolorowe pionki z gry w Chińczyka. Później takie boiska powstały jeszcze w dwóch miejscach, w tym jedno w moim mieszkaniu. Każdy z nas przyjął nazwę ulubionej drużyny z angielskiej Premiership. Janusz od początku pasjonował się Tottenhamem Hotspur (moją drużyną był Manchester United). Pamiętam, że nie bez znaczenia dla jego wyboru miał fakt, że Tottenham w 1961 roku "dokopał" Górnikowi Zabrze. W tamtych czasach taka pasja nie była łatwa. Informacje z zachodu docierały poprzez polskie media bardzo rzadko i wybiórczo. O ile wiadomości o drużynie MU pojawiały się częściej (na przykład z racji meczów pucharowych) to Tottenham był w Polsce nieznany. Mimo to do dziś świetnie pamiętam nazwiska i sylwetki niektórych graczy tej drużyny: słynnego bramkarza Jenningsa, pomocnika Petersa czy grającego w ataku Petera Cheaversa. Niemal codziennie po lekcjach (lub w trakcie!) udawaliśmy sie do "Empiku" (klub prasy i książki na Moniuszki), gdzie dostępna była zachodnia prasa (oczywiście tylko ta "odpowiednia", jak na przykład komunistyczny "Morning Star". Wyrywaliśmy ostatnią stronę (sportowa ze zdjęciami) starając się zrozumieć "o co kaman", co z naszą bardzo ograniczoną znajomością języka angielskiego nie było łatwe I niejednokrotnie prowadziło do drobnych pomyłek. Każdy z nas prowadził nawet specjalny zeszyt z wycinkami prasowymi i innymi "skarbami kibica" o "swoim" klubie. Amant posiadał nawet (nie mam pojęcia skąd!) piękna, owalna odznakę "Tottenham Supporters Club". Po jakimś czasie kierowniczka Empiku poprosiła nas o "niedewastowanie publicznego mienia" i zostawiała dla nas gazety z dnia poprzedniego. Śledziliśmy również sobotnie rozgrywki ligi angielskiej w radio BBC z Londynu. Wbrew pozorom i logice najczęściej potrafiliśmy "wyczaic" wyniki meczów oraz (często) strzelców bramek.

Oczywiście taka "miłość" do angielskich klubów z czasem nam przeszła, ale inaczej było w wypadku Amanta. Już w dość dojrzałym przecież wieku, gdy takie możliwości nastały (a kieszeń i żona pozwalały) bywał dość często na "White Heart Lane" (stadion Tottenham Hotspur). Po swoim pierwszym tam pobycie (chyba na zaproszenie tamtejszego klubu kibiców) wrócił do kraju wyposażony i przebrany "od stóp do głów", ze wszystkimi możliwymi elementami stroju kibicowskiego oraz drobnymi gadżetami. Później Amant na Wyspach przebywał dość często, nawet tam właśnie mieszkając i na meczach Premiership bywał regularnie, a na stadionie Tottenhamu miał przez jeden sezon wykupiona stałą miejscówkę.

Nasze losy w tamtych czasach były dość "naturalnie połączone", jeśli o najważniejsze szczeniackie "poza polonijne" wydarzenia chodzi. Spotykaliśmy się codziennie (nie tylko w szkole), dużo graliśmy w piłkę oraz (głównie na przerwach) w "główki" (dopóki Janusz nie rozbił małą piłką "do główek" szkolnej szyby na parterze). Z Januszem jeździłem na szkolne oraz harcerskie wycieczki i obozy (obu nas jednocześnie z tego Związku Harcerstwa wydalono!) Razem rozrabialiśmy i byliśmy w szkole karani dyscyplinarnie. Pamiętam też, jak zapaliliśmy pierwszego papierosa oraz skosztowali cierpkiego smaku młodego i taniego, nieprzefiltrowanego, siarczystego (wydawało się, że głównym składnikiem tego napoju są rozmaite związki siarki!) wina owocowego. W związku z popularnym serialem telewizyjnym o kapitanie Klossie, którego pseudonim konspiracyjny brzmiał J-23, tak właśnie (J-23) to wino wtedy nazywaliśmy - "J" (jak "jabol") oraz "23" (tyle kosztowała butelka). Prawdziwa nazwa (na etykietce) brzmiała "Wino" (stad powiedzenie "wino marki wino"). Razem z Januszem przeżyłem też moje pierwsze, polonijne aresztowanie i tzw. "kolegium do spraw wykroczeń".

Po skończeniu podstawówki, Janusz podjął naukę w Liceum przy Strzelców Bytomskich, a ja poszedłem do Technikum Energetycznego. Spotykaliśmy się jednak nadal prawie codziennie. Czy to, aby pograć w piłkę, (lub cymbergaja) czy też, aby wyskoczyć (coraz częściej) na "jedno małe". Naszym częstym miejscem spotkał był skwerek naprzeciwko bytomskiego więzienia (to tam gdzie najpierw pociągnięto linię tramwajową do Osiedla Radzionków, a później powstał Supersam) oraz pobliski "Judy Platz" naprzeciwko, na skrzyżowaniu ulic Bieruta (obecnie Wrocławska) i Koniewa (obecnie Kolejowa). Był to stary, zaniedbany cmentarz żydowski, który, jak wieść głosiła, "nawet milicjanci obawiali się go odwiedzać".

Wielu nowych kolegów z naszych klas zaczęło wtedy swoją przygodę z Polonią. Z klasy Janusza, jako Polonistów pamiętam zwłaszcza Jacka Gurbiela i Piłata (zapomniałem niestety jak miał na imię).Ten drugi dość szybko dyscyplinarnie wyleciał z tej szkoły (chodził potem do Liceum w Bobrku). Miał już wtedy z kierownictwem szkoły nieco "na pieńku", a oliwy do ognia dolał i decyzję o relegacji przyspieszył incydent i "poważne wykroczenie" jakiego dopuścili się razem z Amantem w czasie pochodu pierwszomajowego. Polonia (jak często w dniu pierwszomajowego święta bywało) po południu grała swój mecz ligowy na Stadionie Śląskim, wiec chłopcy wyposażeni byli nie tylko w "czerwone krawaty". Kiedy kolumna przechodziła obok trybuny honorowej "entuzjastycznie" witając i pozdrawiając naszych "kochanych przywódców", Piłat wybiegł na czoło pochodu z flagą Polonii! Amant zatrzymał się przed trybuną dumnie prezentując nad głową swój polonijny szalik. W sumie chyba wszystko rozeszłoby się "po kościach", jako ze we władzach miasta było wielu sympatyków i działaczy Polonii z jej honorowym prezesem tow. Felińskim (który nawet uśmiechając się klaskał w dłonie!) na czele, jednakże kierownictwo szkoły nie było aż tak wyrozumiałe. Janusz dostał wtedy "naganę z ostrzeżeniem". Pamiętam również, iż spore kłopoty miał Amant z nauczycielem wychowania fizycznego. W tej sytuacji pomogła "rozmowa ostrzegawcza" przeprowadzona przez "bojówkę z Polonii” na boisku szkolnym.

O ile pamiętam, z pierwszą dziewczyną (nieco bardziej "na poważnie") zaczął "chodzić" dopiero w szkole średniej (Liceum im. Smolenia). Była to młodziutka i bardzo niewinna dziewczyna z Osiedla w Radzionkowie, w której ja się tajemnie "podkochiwałem". Parokrotnie (chyba błąd!) pokazał się z nią na meczach Polonii. Podobno "przynosiła szczęście", bo Polonia wtedy wygrywała. Gdy drogi ich dość szybko się rozeszły spotkałem się z nią kilkukrotnie, zaprosiłem ją nawet na moją studniówkę, ale to było (prawie) wszystko, co udało mi się wtedy "zdziałać". Była chyba dla nas wtedy "za porządna". Żeby nie przeciągać wątku za bardzo (to przecież ma być wspomnienie o Amancie, a nie o mnie!) od kilku lat z Bożeną szczęśliwie żyjemy i mieszkamy razem w Kanadzie.

Janusza następną towarzyszką była "Ada" (choć naprawdę na imię miała Jolanta), bywająca regularnie na meczach Polonii, przy której Janusz (ani my wszyscy) nie "musiał się maskować", mógł wypić, poprzeklinać i nieco "pochuliganić". I o to chyba Januszowi wtedy chodziło. Jego późniejszej żony i wiernej do końca towarzyszki życia, nigdy nie spotkałem (choć widziałem ją raz na meczu Polonii), ale wiem, że to bardzo dobra i niezwykle wyrozumiała i tolerancyjna (a życie z Amantem takich cech z pewnością wymagało!) kobieta. Razem maja dwójkę udanych dzieci: syna Rafała i córkę Aleksandrę.


Mamy więc wiele, bardzo wiele wspólnych przejść i wspomnień z tego "szczeniackiego okresu". Ale naszą "pierwszą miłością" była Polonia i Ona najbardziej nasze wspólne losy na lata związała. Amant będzie oczywiście często się w tych moich wspomnieniach pojawiał, gdy będę pisał konkretniej o naszym "kibicowskim powołaniu" i wspólnej działalności w kibicowskim ruchu.

Gdy w 1974 wyjechałem z Bytomia (studia) spotykaliśmy sie (oczywiście oprócz stadionu Polonii!) dość regularnie np. aby pograć w nogę w sali gimnastycznej jego dawnej szkoły (czy później gdzieś w Łagiewnikach). Zawsze towarzyszyło temu "piwko" w barze "Marago" bądź u Janusza w domu. Pod koniec roku 1976 "delegacja" Polonii (oczywiście z Amantem) zaszczyciła swoją obecnością moją uroczystość ślubną w Bytomiu, a później związaną z tym imprezę w klubie studenckim "Wahadło" w Katowicach. Z tej imprezy pamiętam między innymi epizod, kiedy Amant, tańcząc "przytulanego" na środku parkietu, nagle "zarobił" niezłego "policzka" od mojej koleżanki ze studiów. Podobno w czasie tańca złożył jej dość "konkretną" i jednoznaczna propozycję.

Później nasze drogi się już definitywnie rozeszły i praktycznie straciliśmy ze sobą kontakt. Wiem z opowiadań, że pozostał do końca swych dni z Polonią, kontynuując swoją przygodę na kibicowskim szlaku (znacznie rozszerzoną na koszykówkę i przede wszystkim hokej), a później jako działacz i również Prezes samego klubu. Mieszkał już wtedy w Katowicach, choć na krótki czas się "przemeldował" do Bytomia, gdy to wymagane było, aby mógł w tym mieście startować (bez powodzenia) w wyborach samorządowych na radnego.

Jego ofiarna i bezinteresowna (nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości) praca w klubie przypadła na dość trudny dla klubu okres. Różnie jest też przez ludzi oceniana. Kontrowersje do dziś budzi na przykład fuzja Polonii z Szombierkami, której Amant był początkowo największym orędownikiem. Podobno władze miejskie wspólnie z holdingiem górniczym obiecały mu "złote góry" (skąd my to znamy?), ale tylko w wypadku powstania takiego dziwnego "tworu". Od właściciela sympatycznej (ze zdjęciami polonijnymi na ścianach) knajpki "Hat Trick" na ulicy Pułaskiego, Leszka Górskiego, słyszałem, że decydujące rozmowy (przy "piwku") dotyczące fuzji odbyły się w tym właśnie lokalu. Paradoksalnie to właśnie Amant doprowadził później do rozwiązania Polonii-Szombierek i "powrotu do korzeni".

Amant (pośmiertnie!) odegrał też bardzo istotną (niektórzy "siedzący w temacie" uważają, że ratując w ten sposób staczający się ku upadkowi klub) przy zmianie władz klubu w latach 90. Nie wchodząc zbytnio w szczegóły: przekazanie przez pełnomocnika Amanta akcji firmy poprzedniego prezesa klubu znacznie "ułatwiło", o ile nie umożliwiło dokonanie istotnych przekształceń własnościowych, w wyniku których Polonia zaczęła "wychodzić na prostą".


O Amancie, jako prezesie Polonii, kibice do dziś mówią "nasz prezes". Kontakty i praca z kibicami były dla Janusza zawsze niezwykle istotne i ważne. To on "rozruszał" w Polonii produkcję i dystrybucję klubowych gadżetów. Niektóre z nich sam nawet projektował. W klubie najczęściej (jeśli nie musiał w ważnych sprawach przywdziewać garnituru) można było go spotkać w koszulce Polonii (bądź czasem Tottenhamu), jego drzwi były dla kibiców zawsze otwarte. Lubił tez wspominać "stare dzieje" oraz chętnie opowiadał o kibicowaniu w Anglii. Nie odmawiał pomocy przy organizacji wyjazdów oraz zabezpieczeniu przyjęcia przez naszych kibiców "zgód" (często wchodzili na mecz za darmo).

Niestety jego zdrowie (o które nigdy specjalnie nie dbał) zaczynało szwankować i w końcu zmuszony był latami zmagać sie z zabójczą chorobą płuc.

Kiedyś po latach "minęliśmy się w bramie" stadionu Polonii. Przyleciałem wtedy do Polski, prosto na mecz Polonii (pamiętam grała wtedy z Groclinem, który awansował do ekstraklasy i wygrała 3:1). Niestety zdążyłem tylko na przerwę i drugą część meczu, podczas gdy Janusz, który już wtedy nie czuł się zbyt dobrze, musiał wyjść po pierwszej połowie. Niedługo potem przeczytałem na forum internetowym wiadomość o jego śmierci.

Wiem, że pamięć o "Naszym Prezesie" przetrwała i na zawsze pozostanie on legendą Polonii. Corocznie w dniu Święta Zmarłych jego grób odwiedzany jest przez przyjaciół i kibiców zapalających znicze. W kwietniu 2008 podczas derbowego meczu ma stadionie Polonii wywieszono tak wiele mówiący transparent "Janusz Grześko – Legenda wciąż żywa!".



Wacek Tomaszek

Wacek, "młodszy brat" Amanta, którego Janusz nigdy nie miał, zawsze pozostawał nieco w jego cieniu. Od kiedy pamiętam, trzymali się i "występowali" jako "naczynia połączone". Znali się i przyjaźnili już od dzieciństwa. Mieszkali blisko siebie (Janusz na Kopernika / później Wieczorka/ obecnie Woźniaka, a Wacek zaraz za rogiem na Roosevelta / Al. Legionów). Ich ogródki działkowe na Strzelców Bytomskich sąsiadowały ze sobą, więc rodziny (obie pochodzące z "kresów") znały się bardzo dobrze. Wacek chodził (o klasę niżej) do Szkoły Nr 5, która mieściła się w tym samym, co nasza 12-tka, budynku. Później skończył Technikum Mechaniczne w Bytomiu. Także i jemu udało się do Polonii przyciągnąć i do "naszej sprawy" zachęcić i zaangażować wielu klasowych i szkolnych kolegów, spośród których szczególnie zapamiętałem Jurka Warszawskiego ("Warszawa"), Ryśka Markucia, Cześka Janasa oraz Ryśka Wrońskiego ("Wrona"), choć co do tych ostatnich dwóch to nie jestem pewien czy do tej szkoły chodzili.

Wacek odszedł od nas niespodziewanie, nagle (serce) i bardzo przedwcześnie. Bardzo niedługo po tym z rozpaczy "pękło serce" jego matki, kondukt żałobny (z wieloma kibicami Polonii) zmierzający na cmentarz przy ulicy Piekarskiej podążał za dwoma pogrzebowymi karawanami.






Marek Woźniak



Marek Woźniak, podobnie jak jego kolega i sąsiad Jacek Chreptowicz, jak większość naszej, polonijnej paczki mieszkał w pobliżu szkoły przy Roosevelta. Przez parę lat chodziliśmy do tej samej klasy. Oboje nie należeli do tzw. "porządnej", grzecznej młodzieży, uczącej (nauka to nie była ich najmocniejsza strona), ale jakoś zawsze byli z nami (także jeśli o kibicowanie chodzi) i jak najbardziej, jednymi z nas. Pamiętam dobrze, jak matkę Marka co chwilę, z różnych powodów wzywano do klasy (tak się dla niego nieszczęśliwie dla niego złożyło, że pracowała ona w szkolnej świetlicy). Kiedyś, chyba w szóstej klasie, Marek "przytwierdził" koledze (potężny jak szafa, nazywał się Wągrowski) dłoń do ławki używając ... cyrkla. Trochę nam chyba tą swoją "niesubordynacja" (a także niezłym ciosem z prawej!) imponował. Kiedyś po "zajściach na Podgórnej" (opisze to wydarzenie w jednym z następnych odcinków), jak to mówią: "znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie” i półtora roku spędził "w odosobnieniu". Na jego ślubie byłem chyba najgorszym "starostą" (to ten "od alkoholi"), jakiego można sobie wyobrazić, upiłem się pierwszy i ... padłem! Marek od wielu lat mieszka w Duisburgu.




Jacek Nowak ("Baca")



"Baca" również chodził ze mną do tej samej klasy, chociaż mieszkał w "nieodpowiednim rejonie", bo na Piekarskiej. Z tego też powodu później przeniesiono go do innej, rejonowej szkoły. Ale w "kontakcie polonijnym" pozostaliśmy na długie lata. Pamiętam, że Baca zawsze był dość "pechowy": to jego złapano, gdy razem chodziliśmy z procami wybijać szyby i numerki na klatkach schodowych, to jego gonił i ugryzł w "siedzenie" wielki pies wilczur, kiedy pierwszy raz w parku, ukryci w krzakach zapaliliśmy po "fajce" (były to sprzedawane wtedy "na sztuki" w kioskach papierosy marki Pall Mall). To on wreszcie pierwszy z nas ... został ojcem.









Marek Hatko

Marek, mój "sąsiad z góry" i przyjaciel z piaskownicy. Razem zaczęliśmy chodzić na mecze Polonii, jak również jeździć na bliższe wyjazdy. Był zaangażowany w sprawy kibiców Polonii na początku, gdy ruch nasz się dopiero zaczynał (pamiętam, że projektował znaczek Klubu Kibiców), ale później jego aktywność nieco zmalała. Możliwe, że trochę wpływ na to miało wezwanie na komendę MO, jakie kiedyś oboje otrzymaliśmy. Podejrzewam, że "szacownemu" urzędowi chodziło o mnie, a jego "zaprosili" jedynie dla "zmyłki". Tym niemniej trochę nas postraszono (do dziś dokładnie nie wiem o co konkretnie chodziło) i zrobiono "pamiątkowe zdjęcia" wraz z odciskami palców. Trochę to jego (a z pewnością jego rodziców!) do "sprawy" i chyba też do mnie zraziło i od tego czasu trzymał się bardziej na uboczu od naszych “kibicowskich interesów”.









Jerzy Poznański ("Siwy")


Pewnego wieczoru (bodajże w 1968) wróciłem do domu, by na mojej klatce schodowej zastać przebranych, jak do cyrku wymalowanych na niebiesko-czerwono Siwego i jego bliskiego, długoletniego przyjaciela Andrzeja Szymczykowskiego ("Szymek"). Wtedy na schodach po prostu oznajmili mi, że ... jedziemy "nocnym" na mecz do Wałbrzycha. Jak mogłem odmówić? Zebraliśmy jeszcze paru "oszołomów" i następnego dnia dopingowaliśmy Polonię na meczu z Zagłębiem Wałbrzych (pamiętam, że wynik był bezbramkowy). Oczywiście znaliśmy się już wcześniej ze stadionu, ale myślę, że tego dnia Siwy na dobre wstąpił do naszej paczki.

Jurek (nazywany też z racji wysokiego wzrostu "Tyczka") trenował (kiedy był trzeźwy – a czasem nawet kiedy nie był!) i grał w koszykówkę w Polonii. Wiem, że w późniejszym okresie sporo pomagał mu w pokonaniu życiowych trudności (związanych z "pobiciem z uszkodzeniem ciała") ówczesny kierownik sekcji, wybitny i zasłużony działacz Polonii (a później szef restauracji "Badaro") przedwcześnie zmarły Jasiu Stankowski. O ile wiem, Siwy zrewanżował mu się dozgonną przyjaźnią będąc u jego boku, gdy ten umierał w szpitalu. Obecnie, dość schorowany, ciągle nie opuszcza meczów Polonii. Często można go spotkać w miejskim parku, jak dawniej grającego w "Żydka". O sobie żartobliwie mówi: "żyję już ponad pół wieku, z czego 45 lat oddałem dla Polonii”. Myślę, że trochę prawdy w tym jest.




Andrzej Skrzynkowski (Skrzynia)

Andrzej Polonię "wypił z mlekiem ... ojca"! Stary Lwowiak, Tomasz Skrzynkowski należał do pokolenia, które Polonię w Bytomiu reaktywowało, a później przez wiele lat pełnił w niej funkcję kierownika klubu. "Skrzynia" był nieco od nas starszy i "doświadczony" jako kibic Polonii. Gdy my dopiero "raczkowaliśmy" on, wraz ze swoją paczką (głównie z okolic ulicy Żeromskiego i Placu przy niej), siedział już w sektorze kibicowskim (obok "Karpaczy") oraz jeździł na bliższe mecze wyjazdowe. Opowiadał mi później, jak podczas jednego z pierwszych wyjazdów do Sosnowca, przed "zaliczył" kąpiel w pobliskim stawie. Złapany przez "goroli" mia" do wyboru: "porządny wpierdol" lub "po szyję do stawu". Nie muszę dodawać, że wybrał to drugie, po czym ociekający wodą zjawił się na stadionie. Skrzynię obserwowaliśmy już od jakiegoś czasu. Pamiętam, że miał małą, nietypową, złotego koloru trąbkę z przyczepionym do niej malutkim proporczykiem Polonii. Pierwszy raz "podbiliśmy" do niego w Chorzowie na stadionie Ruchu, gdzie Polonia przy światłach elektrycznych, w ogromnej ulewie rozgrywała towarzyskie spotkanie z Lokomotiv Lipsk ("spadkobierca" naszego dawniejszego rywala w finale Pucharu Rappana SC Lipsk). Od tego czasu trzymaliśmy się już razem. Do dnia dzisiejszego można poczciwego Skrzynię, wraz z jego kompanami i długoletnimi kibicami Polonii, Andrzejem Kiełbusiewiczem oraz Jurkiem Wawrzyniakiem, spotkać na wszystkich meczach w Bytomiu (i nie tylko), i to bynajmniej nie "piknikującego" w sektorze rodzinnym.


Stanislaw Chytra

Był dla nas młodych Polonistów trochę jak "ojciec chrzestny", i to nie tylko z racji wieku (starszy od nas chyba 5-10 lat). Dość stateczny i poważny, żonaty (gdy zaczynaliśmy naszą znajomość z żoną Renatą spodziewali się pierwszego syna) oraz po wielu już przejściach z Polonią, dobrze znający się i przyjaźniący z członkami "kibicowskiej hierarchii" stanowił dla nas pomost w kontaktach ze starszymi, ale również nadawał naszemu ruchowi i aspiracjom pewnej, potrzebnej nam szczególnie w początkach działalności powagi, akredytacji i "legitymacji". Pracował wraz ze swoim wiernym towarzyszem (oraz kibicem Polonii) Andrzejem Lewickim, jako kierownik Odcinka Budowy Nr 1 w PKP, obok bytomskiego dworca kolejowego. Wiele razy tam właśnie się spotykaliśmy, by przy "flaszeczce" pogadać o Polonii czy zagrać w ... cymbergaja. W firmie tej przez jakiś czas zatrudnienie znalazło wielu kibiców, m.in. Janusz Grześko, Marek Woźniak, Leon Karpacz czy Andrzej Przybyszewski. Ten ostatni jako kierowca służbowego jeepa rumuńskiej produkcji "ARO", często woził nas tym "gazikiem" na pobliskie mecze (a mnie "podrzucał" na uczelnię w Katowicach). Szczególnie pamiętam wyjazd do Tychów, kiedy to powstała jedna z piosenek (ale o tym w późniejszych odcinkach). W domu Staszka na Pl. Kościuszki (a potem na Witczaka) bywałem dość często (także z tej racji, że "przyjaźniłem" się z jego młodszą siostrą!). Do dziś przy każdym pobycie w kraju staram się z nim skontaktować i wypić "piwko".

Jego firma budowlana często zatrudniała kibiców Polonii będących "w nagłej potrzebie". Wiem, że pracował tam m.in. "Szprota", nasz "wyjazdowy gitarzysta" z dawnych czasów, którego również można z łatwością obecnie spotkać na meczach Polonii, a któremu podobno jeszcze lepiej od gry na gitarze w życiu poszło pomnażanie potomstwa. Słyszałem, że ma dziewięcioro dzieci. Firma Chytry odpowiedzialna była również za szereg drobnych prac remontowo-budowlanych (słynny daszek) na obiektach Polonii. Jeśli tylko się dało używał do malowania, farb koloru niebieskiego i czerwonego. Na bytomskich ulicach można było zobaczyć na ulicach pół-ciężarówkę Staszka również pomalowaną w klubowe barwy. Staszek zawsze miał "zacięcie artystyczne", które my staraliśmy się wykorzystać dla naszych polonijnych celów (więcej o tym w późniejszych odcinkach), a które mnie udało się wykorzystać dla moich prywatnych. Otóż właśnie on wymalował jedną ze ścian mojego pokoju jako flagę Polonii z dużym, pięknym herbem pośrodku (nie zapominam też o artystycznym "gotykiem" napisie "Old Trafford" na ścianie przy moim "stadionie" do cymbergaja).

W czasach późniejszych, Staszek zajmował się również działalnością w klubie, przez jakiś czas pełnił funkcję kierownika drużyny. Między innymi odpowiadał też za kontakty z sędziami, a co to znaczyło nie muszę chyba tłumaczyć. To on również "odpowiada" za ściągnięcie do Polonii (w charakterze działacza) Janusza Grześko. Fanatykiem Polonii był Staszek "od zawsze". I takim pozostał do dziś. Ostatnio widziałem go parę lat temu stojącego na koronie stadionu, z niebiesko-czerwonym szalikiem dopingującego Polonię i śpiewającego jak za dawnych lat.


Kazimierz Hajduga

Kiedyś (chyba w roku 1968) pod kasami w Krakowie zaczepił nas "starszy" (jak na nasze szczeniackie lata) jegomość pytając się, gdzie na stadionie usiądziemy. W ręku miał okrągłą tekturową "rurkę" (taką jak do przechowania rysunków technicznych), a w niej ... zwiniętą i na krótkim kiju, zakończonym rączką z rowerowej kierownicy, flagę Polonii. Tak zaczęła się nasza dość krótkotrwała, aczkolwiek znacząca znajomość. Znacząca, gdyż Kazik, jako nieco starszy, pracujący i studiujący zaocznie, odegrał dość ważną rolę przy tworzeniu i początkach działalności naszego klubu kibiców.


Leon Karpacz


Kiedyś wpadł mi w ręce stary wycinek z "Życia Bytomskiego", donoszący o kolejnym sukcesie bytomskich "organów sprawiedliwości" w rozpracowaniu i spacyfikowaniu przestępczej grupy młodzieżowej tzw. "bandy Karpaczy". Konkretnych przestępstw "bandytów" artykuł nie wymieniał, ale w tamtych czasach nie o to przecież chodziło. Obowiązywało hasło: "dajcie mi człowieka, a ja znajdę na niego odpowiedni paragraf".

Niezależna i zorganizowana grupa tych młodych ludzi, w większości "lwowskich batiarów" nie bardzo pasowała władzy do socjalistycznego modelu wychowania młodzieży. Już samo to, że zbierali się oni większą grupą w centrum miasta (artykuł wspominał o ulicy Krzyżowej - obecnie Kwietniewskiego), robili trochę hałasu, a że do "aniołków" nie należeli, więc dla wielu byli "solą w oku" oraz "elementem antysocjalistycznym". Tak więc zaczęły się aresztowania, a później posypały sie wyroki (niektóre nawet dość znaczne, choć później złagodzone).

Nazwa "bandy" wiązała się z nazwiskiem czołowych jej postaci: braci Karpaczy. Grupa ta była również zalążkiem tej, która przez wiele lat tworzyła atmosferę i nadawała ton na meczach Polonii, wtedy gdy my na jej mecze zaczęliśmy chodzić. To od nich uczyliśmy się kibicowania, wierności drużynie, kibicowskiego honoru i solidarności. Tutaj już bezdyskusyjnie zawsze wiodącą postacią był człowiek-legenda Polonii, Leon Karpacz.

Wierne opisanie i scharakteryzowanie tej postaci będzie wymagało "okrutnej uczciwości i szczerości" oraz doprowadzi pewno do przynajmniej częściowego "odbrązowienia" legendy. Bo legendą Bytomia oraz przede wszystkim, Polonii Leon był i pozostanie na zawsze. Nie można jednak ukryć faktu, że np. Leon do tzw. statecznych i "porządnych" obywateli nie należał. Bliżej prawdy będzie chyba bardziej do niego pasujące określenie "niebieskiego ptaka". Nikt nie znał dokładnie jego "źródła utrzymania". Wielokrotnie podejrzewany był o "drobne kradzieże i wyłudzenia", zresztą przy tej ilości znajomych i przyjaciół zbyt wiele gotówki nie potrzebował. Dla wielu bytomian "postawienie piwa" Leonowi było, jeśli nie sprawą honorową to "dobrze spełnionym obowiązkiem". Praca zawodowa jakoś się Leona nie "trzymała". Pamiętam, że kiedyś zatrudnił się na budowie (u Staszka Chytry), ale głownie po to, aby trafić szybko do szpitala (dokuczały mu różne choroby skórne). Z tego leczenia zresztą też niewiele było pożytku. Leon miał w szpitalu ciągle odwiedziny znajomych i przyjaciół (często przynoszących małą flaszeczkę!), a wieczorami i na noc "przemycaliśmy" go w cywilnych ciuchach "na wolność". Pamiętam też, że któregoś lata, Leon latem sprzedawał na Rynku wodę sodowa z saturatora. Był to wtedy bardzo "popularny", odwiedzany zwłaszcza przez uczniów sąsiednich szkół średnich, saturator. "Drugim domem" Leona była restauracja (a raczej bar piwny) Roxana przy ulicy Moniuszki. Tam można go było, zawsze lekko podchmielonego, spotkać. Tam też i my, młodzi uczyliśmy się swojej "dorosłości". Wieczorem Leon często przenosił się do restauracji-kawiarni "Kaprys" naprzeciwko dworca PKP, gdzie odbywały się nocne "dancingi" oraz, gdzie przesiadywały i "pracowały" bytomskie "panienki".

Leon był człowiekiem o niezwykle interesującej osobowości, najczęściej uśmiechnięty, przyjacielski i wesoły, niezwykle łatwo nawiązujący kontakt z bardzo różnymi ludźmi, wzbudzał przeważnie sympatię (a przynajmniej "sympatyczne zainteresowanie") otoczenia. Nie znaczy to oczywiście, że był "mięczakiem" czy tez unikał "sytuacji konfliktowych". Widziałem go niejednokrotnie "w akcji" i muszę przyznać, że "sprawiał wrażenie".

Leon z małżonką mieszkał na Szombierkach. Opowiadał mi, że mieszkanie "załatwił" sobie sprzedając wspaniałą kolekcję odznak sportowych (fakt ten potwierdzali jego znajomi). Kiedyś wraz z Wackiem Tomaszkiem byłem tam gościem na jego urodzinach.

Stosunki z władzami miał Leon dość specyficzne. Ze wszystkimi był w "gorącej komitywie". Wyglądało na to, że wszyscy (zwłaszcza młodsi milicjanci-służbiści) mogli mu "naskoczyć". Po doprowadzeniu do komisariatu Leon wylewnie witał się z jego komendantem i był zapraszany do jego "gabinetu" na "jednego"! Świadkiem takiej sceny był w komisariacie na Rostka (gdzie doprowadzono ich obu za rzekomą kradzież rękawiczek skórzanych) Wacek Tomaszek. Rękawiczki Wacek w Roxanie ostatniej chwili mnie przekazał.

Wydaje mi się, że Leon, choć "niedouczony i nieoczytany", braki w tej dziedzinie nadrabiał swoją wrodzoną "uliczną inteligencją" i bystrością. Pod tym względem znacznie przewyższał wszystkich swoich "kumpli od kufla" (i nie tylko) z jego otoczenia. Rzucało się również w oczy, że miał w sobie "charyzmę przywódcy”. Chyba te cechy (połączone ze wspomnianymi wcześniej "znajomościami") pozwoliły mu przez większość żywota lawirować na granicy prawa i unikać dłuższej "izolacji". Gdy kiedyś, chyba w 1975 roku w końcu spędzał jakiś czas w odosobnieniu, pojechaliśmy z Wackiem "odwiedzić" go w Katowicach, gdzie na jakieś wielkiej budowie, z bardzo wieloma innymi, jak to się wtedy mówiło "ludźmi" był zatrudniony. Również i w tamtym (pół)światku, Leon radził sobie znakomicie znajdując respekt, a nawet posłuch w środowisku. A więzienny opiekun (tzw. "Gad") dostał od Leona krótkie i rzeczowe (zakończone, jak należało, z kiciorem w stylu "kurwa twoja gadowska mać"!) instrukcję, gdzie i w jakich okolicznościach go szukać i poszliśmy do pobliskiej knajpy na piwo.

Na meczach Polonii, Leon często pojawiał się w koszulce w niebiesko-czerwonych barwach, którą dostał od dalekich krewnych mieszkających w NRD (wschodnie Niemcy). Chociaż nie była to typowa koszulka klubowa to jednak wszyscy mu jej, jako towaru niemożliwego w krajowym handlu do zdobycia, zazdrościli. Z NRD pochodziła też słynna w całej Polsce wspaniale brzmiąca, trójdźwiękowa srebrna trąbka, którą wszyscy nazywali "Szalamaja".

Gdy nie tak dawno publiczność na meczach reprezentacji Polski śpiewała "Leo, Leo – Polska wygra mecz" (mając oczywiście na myśli byłego selekcjonera), zapewne niewielu zdawało sobie sprawę z faktu, że piosenkę te, na cześć Leona Karpacza (i Polonii) wymyślili przed laty kibice Polonii. W oryginale brzmiała ona oczywiście "Leon, Leon – Bytom wygra mecz". W późniejszych czasach, gdy nasze stosunki z władzami poprzez Klub Kibica wymagały czasem wspólnych spotkań i rozmów (opiszę to później) wielokrotnie wywierano na nas naciski, aby odizolować nasz ruch kibicowski od "tego Karpacza". Nie muszę dodawać, że nasze stanowisko było w tej sprawie dość zdecydowane i nigdy naszego Leona się nie wyparliśmy. Osobiście (a wiem, że nie ja jeden) byłem dumny z tego, że mogę z nim tak blisko obcować i że nazywa mnie swoim przyjacielem.

Leon również odszedł od nas przedwcześnie. Zabiło go umiłowanie życia i niestety alkoholu… Kiedyś późnym wieczorem (a więc już w mocno "w gazie") dał się sprowokować i założył się, że "jednym łykiem" wypije pół litra wódki z butelki. Nie wiem czy zakład wygrał (podobno jednak "nie dal rady"), ale daleko już nie doszedł i nieprzytomny upadł na ul Moniuszki. Zmarł nim przyjechało pogotowie.


Nieco w cieniu Leona (przynajmniej dla nas) pozostawali jego bracia Norbert Karpacz i Andrzej Karpacz ("Karaśko"). Norbert zawsze jakoś uchodził za tego "porządniejszego”, pracował regularnie, a większych konfliktów z prawem (w tym czasie) nie miał. Pamiętam go jako bardzo przyjaźnie nastawionego do świata i ludzi, najczęściej uśmiechniętego człowieka. Jednakże widziałem go również mniej spokojnego, w "akcji" i wiem, że cieszyć się powinien ten, kto go z równowagi nie wyprowadził i nie dane było mu poznać siłę ciosu Norberta. Pamiętny był dla mnie "najazd kibiców" Polonii na jego parodniowe wesele w "zabitej dechami" wsi lubelskiej (niedaleko Chełmna). Obecnie Norbert z rodziną od lat mieszka we Frankfurcie nad Menem.


Andrzej Przybyszewski ("Suchy") i jego brat "Cygan" również należeli do tej "starszyzny". Nie tak dawno odwiedziłem Suchego i na ścianie jego pokoju gościnnego obok proporczyka Polonii, zobaczyłem "naszą" (a właściwie zawsze kojarzoną z Leonem) trąbkę “Szalamaje”! Podobno Norbert Karpacz co jakiś czas dzwoni do Suchego, aby ten mu do telefonu trochę na tej trąbce “pograł”.




Wspominając o tych "starszych" nie mogę pominąć (z tych których pamiętam) starszego Greczkowskiego ("Greka"), Marka Poroszewskiego, Kazika Kalinowskiego, Mężyka, Heńka Drabika. Przez pewien czas w zarządzie naszego Klubu Kibiców zasiadał Rysiek Bartków ("Bartek"), który znany był głównie z tego, że na nasze mecze wyjazdowe zawsze zabierał (nie wiedzieć czemu i po co?) różne "kobiety jego życia". Do naszego stałego grona należeli też Przybyła (i jego młodszy brat), na którego rozprawę sądową przyprowadziłem kiedyś w ramach "wagarów klasowych" moją klasę z Technikum, ) oraz bracia Stefan i Andrzej Widła (obaj już nie żyją). Andrzej podróżował z nami po całej Polsce, mimo niedowładu nóg (na wózku inwalidzkim).

Oczywiście muszę tu wspomnieć o wiernych i zaangażowanych kibicach Polonii, bliźniakach Andrzeju i Jakubie Kunkach, którzy dylemat mieli jedynie kiedy Polonia grała z ŁKS-em, bo pochodzili z Łodzi i temu klubowi kiedyś kibicowali. Siadali wtedy nieco na uboczu i przeważnie ich pragnieniem był ... sprawiedliwy remis.

Na naszych oczach systematycznie dojrzewała i "rosła w siłę" (dosłownie) grupa kibiców Polonii z Rozbarku i Pogody, szczególnie "weseli chłopcy" z Ulicy Wesoła, a wśród nich: Marian Mika, Achim Sosgornik, Andrzej Stalmach, Alfred Pietrek "Sznaps", "Skrzypek" i wielu innych. To miedzy innymi oni przez wiele późniejszych lat stanowili wiodącą wśród Polonistów grupę na naszym kibicowskim szlaku (głównie jeśli o "sile" właśnie chodzi). Również i mnie udało się "zarazić" Polonią moich klasowych kolegów: Tadka Guzendę, Andrzeja Opuchlika, Janusza Wilczańskiego oraz Janka Knopka. Do mojej klasy przez krótki okres uczęszczali też kibicujący Polonii Marek Dębski ("Dupski") i młodszy Greczkowski ("Greka"). Z nieco tylko młodszych kibiców dobrze zapamiętałem Piotrka Koziołka oraz chyba najmłodszego w naszym gronie, mieszkającego obecnie w Austrii i widywanego na meczach Polonii, Pawełka Kuny.

Po latach spotkałem na stadionie Polonii wielu młodych fanatyków oraz animatorów obecnego ruchu kibicowskiego (w tym np. założycieli Stowarzyszenia Kibiców – SKK), których nazwiska momentalnie skojarzyły mi się z moimi kolegami z tamtych czasów. I nic dziwnego, bo niedaleko pada jabłko od jabłoni i również "kibicowskie pierdolnięcie" często przechodzi z ojca na syna.


"Tadziu"

Mówiąc o znanych postaciach naszego stadionu z tamtych czasów nie sposób pominąć naszego "Tadzia", który "przyplątał" się do nas chyba w 1970 roku. O jego chorobie psychicznej i o tym jak został głuchoniemym do dziś krążą po Bytomiu (nieprawdziwe) legendy (jedna z nich głosi, że język obcięli mu ... kibice Legii). Tadziu pojawiał się na meczach zawsze z nieodłączną butelka "jabcoka", którym to cennym towarem nie dzielił się (przeważnie) z nikim oprócz ... mnie! Do dziś nie wiem, czym sobie na te szczególne u niego względy zasłużyłem. Przed każdym meczem Polonii, Tadziu używając swojej małej chorągiewki rozpostartej na murawie "zaczarowywał" boisko i bramki. Widziałem go jak płakał, gdy owe czary na nic sie zdały i Polonia traciła gola. Z ową malutką chorągiewką, swoim charakterystycznym, szybkim krokiem godzinami maszerował Tadziu zawsze od rana w dniu meczu Polonii "tam i z powrotem" po ulicy Dworcowej. Tym sposobem wszyscy już wiedzieli, że tego dnia gra Polonia.



Przez nasza "kibicowską przygodę" na przestrzeni lat przewinęło się oczywiście mnóstwo osób. Nie sposób wszystkich wymienić. Niestety, niektóre postacie warte, aby o nich w tym miejscu choć trochę wspomnieć, zatarły się w pamięci, a niektórych nazwisk i osób po prostu już nie pamiętam. Mam nadzieję, że mi to wybaczą.




autor: BOGDAN